7 rzeczy, które nauczyło mnie liceum

Szkoły średnie bardzo odbiegają od swoich karykatur, które mamy okazję oglądać w większości amerykańskich filmów. Nie ma podziałów na licealne sekty cheerlederek (tych najładniejszych), szkolnych drużyn rugby (tych najpopularniejszych byczków), kujonów (tych siedzących obok śmietników na stołówce). Szczerze mówiąc, to w moim liceum nie było (jest mi autentycznie przykro, że muszę używać formy przeszłej) ani cheerlederek ani drużyny rugby ani stołówki. Było za to frisbee i ekipa medialna, czasem bardziej popularna i bardziej wpływowa od samorządu szkolnego. Te trzy lata to dla mnie okres szalenie ważnych zmian, wielu życiowych lekcji i wpływowych ludzi. I niezależnie od tego, jak pójdą mi matury, wiem, że ze szkoły średniej wyniosłam naprawdę dużo.

1. Czasami warto wychodzić przed szereg

Moje liceum było dosyć małe, bo na każdy rocznik przypadało 6 klas. Co znaczy, że uczniów było koło 550. Budynek nie był zbyt przestrzenny i korytarze podczas przerw wyglądały jak stacje tokijskiego metra. Mimo to nie sposób było spamiętać wszystkich nowych twarzy, które dołączały do nas we wrześniu. Ba! Ja nawet na studniówce dziwiłam się, że niektóre osoby, które wydawały mi się całkiem obce, prawdopodobnie mijam na przerwach codziennie od trzech lat. Nie wszyscy chcą się „wybić”, ale bycie częścią szarej masy też nie zawsze jest fajne. Szczególnie wtedy, kiedy bycie częścią tej nieokreślonej zbitki jest równe zgodzie pochwalaniu wartości, którymi gardzimy lub akceptowaniu rzeczy, z którymi tak naprawdę się nie utożsamiamy. W życiu nie ma czasu na strach lub nie pokazywanie tego, kim jesteśmy. A czasami w dodatku warto zaznaczyć to mocno i wyraźnie.

2. Rób jak najwięcej

Przez te trzy lata angażowałam się naprawdę sporo. I wcale nie mówię tu o uczuciach. (Dobra, może ciut, ale nie o tym teraz!). Projekty to świetna przygoda i dobry pretekst do integracji czy nowych znajomości. W ciągu mojej licealnej przygody, uczestniczyłam w projekcie dotyczącym problematyki zagłady Żydów, który, przez wyjazdy do Berlina, Krakowa i Warszawy, na tropie antysemityzmu i pomników ofiar, pozwolił mi dojrzeć i się wyciszyć. Będąc w Holocaust Tower (w Berliner Judisches Musem) czułam dobry, bo skłaniający do refleksji, smutek i przeżyłam katharsis. Poza tym, robiłam szkolenie w zakresie artykułu 61. i film dotyczący mniejszości narodowych. Jak na klasę humanistyczną przystało, robiliśmy kampanie społeczne, a ja zaangażowałam się w działaność szkolnej gazety tak, że rok później zostałam naczelną, a potem przeżyłam jeszcze sporo konferencji, w tym dwie jako jedna z prelegentek.

To co Wam piszę nie ma na celu przywołania z grubsza amojej autobiografii – chcę Wam jedynie pokazać, że to wszystko, co robiłam poza szkołą, sprowadziło mnie do momentu, w którym jestem teraz. Czuję się dojrzalsza i bardziej doświadczona, niż gdybym była siedząc jedynie trzy lata za biurkiem przy książkach. I jestem  z tego cholernie dumna. Matura to egzamin dojrzałości, ale, szczerze pisząc, wcale nie uważam za dojrzałe wkucie odpowiedniej ilości materiału. Za dojrzałe uważam zrozumienie, że od szkoły dostajesz jedynie wędkę – czasem lepszą, czasem gorszą, ale to od Ciebie zależy, czy będziesz chciał łowić ryby.

3. Oceny i wyniki testów o niczym nie świadczą

Przez trzy lata nie miałam świadectwa z paskiem. To nie usprawiedliwienie, ale osoby, które mnie znają, wiedzą, że nie za bardzo się tym wszystkim przejmowałam. Uczę się, no pewnie, że się uczę, ale robię to przede wszystkim dla siebie, a nie dla procentu czy stopnia w dzienniku. Skupiłam się na przedmiotach kierunkowych, jedynie częstując się przedmiotami, które w ogóle mnie nie obchodziły. Życie typowo szkolne nie pochłaniało mnie za bardzo, bo, oprócz zaliczania kolejnych sprawdzianów i oddawania prac pisemnych, na boczku robiłam swoje. I taka metoda naprawdę zadziałała! Dobrze jest pracować na swoje konto i przestać przejmować się ocenową rywalizacją. Druga sprawa to to, że system oceniania często nie jest zbyt adekwatny do naszej faktycznej wiedzy i dlatego bywa demotywujący. A oceny i wyniki testów naprawdę Cię nie określają. Jesteś czymś więcej niż cyferki, które ktoś do Ciebie przypisał. Co nie znaczy, że masz się nie uczyć, leniu!

4. Postaw się kiedy trzeba, ale umiej też odpuścić

Są pedagodzy, którzy twierdzą, że poprzez tytuł naukowy (lub przyjęty zwrot, ale o tym za chwilę), regularnie uprawiają wszechwiedzę. No, są nieomylni i najlepsi w swoim fachu, nie oszukujmy się. Sprawy szkolne traktują (zbyt) personalnie i w sumie nie ma co nawet sygnalizować jakiś uwag, bo trafisz na czarną listę aroganckich i myślących, że są „ponad to”. Moje liceum od pierwszego dnia wprowadziło nas w krainę sztucznych tytułów, w której do wuefistki mówiono per pani profesor. Trochę prześmiewczo, a trochę dlatego, że naprawdę sprawiało się jej tym radość, bo nie czuła sarkazmu. Tak zbudowane autorytety są kruche jak domki z kart, dlatego jeżeli nauczyciel naprawdę Ci nie zaimponuje – tym, jak wykłada przedmiot, indywidualnym podejściem czy inną cechą wybitnego pedagoga, to zaczniesz z tej maniery kpić. Osobiście, miałam to gdzieś, czy uczy mnie magister czy jednak doktor. Tytuł wcale nie świadczy o tym, jak uczysz i nie daje Ci specjalnych uprawnień, przynajmniej moim zdaniem. Oczywiście, doceniam to, ale takie naukowe świstki nijak się mają do tego, jakim jesteś człowiekiem (czy pedagogiem).

Nie żyjemy w XX wieku, żeby wpisywać się w popatyczne hierarchie, w których nauczyciel góruje jako bóstwo. Szkoła powinna opierać się na dobrej relacji, w których szacunek należy się obu stronom. Dlatego na pytanie „za kogo ja się uważam” zawsze odpowiadałam – za drugiego człowieka, który niezależnie od zajmowanego stanowiska, chce być traktowany serio i na równi. Zmieniając szkołę i wkraczając w nowe środowisko, obie strony mają czyste konta. To dość komfortowa sytuacja, ale tylko wtedy, kiedy umiesz dobrze to wykorzystać. Dobrze jest umieć się postawić, w obronie swojego zdania czy wartości – obojętnie, czy jest to konfrontacja z nauczycielem czy uczniem, ale trzeba też umieć odpuścić. Nie zawsze masz rację, a czasami po prostu nie warto.

5. Liceum to przede wszystkim ludzie

Dużo osób pytało mnie, czy jestem zadowolona ze szkoły, którą wybrałam; czy jest dobry poziom, czy mamy dużo nauki, czy naprawdę zaczynamy lekcje o 7:30 i jakie są koła zainteresowań. Dostawałam to pytanie na rodzinnych spotkaniach, kiedy ciocie i wujkowie rozmyślali na temat szkoły średniej dla mojego kuzynostwa i zadawano mi to pytanie na dniach otwartych mojego liceum. To wszystko oczywiście jest bardzo ważne; każdy zaangażowany rodzic przescrolluje rankingi, zanim jego dziecko złoży gdzieś papiery. Ale to przecież, do cholery, nie wszystko! Nie mogłabym funkcjonować w szkole, która niby zajmuje ciepłą, wysoką posadkę w rankingach, ale ma popsute komórki budulcowe. To od ludzi, którzy są wokół Ciebie, zależy, czy wykreują atmosferę, w której będziesz mógł swobodnie oddychać czy raczej będziesz się dusić. 

Poznałam strasznie dużo indywidualistów i kreatywnych duszyczek. Mam znajomych, z którymi mogę rozmawiać o wymiarach i kosmosie, kiedy siedzimy już przy trzecim piwie. Moja redakcja to jedni z najkochańszych ludzi pod słońcem. Kadra pedagogów, która mnie spotkała, razem z administracją to jedni z najbardziej pomocnych dorosłych, jakich poznałam. Dlatego radzę: wykorzystaj czas liceum (ale, jeżeli chcesz, możesz wykorzystać do tego całe swoje życie) na czas nawiązywania przyjaźni. Eksperymentuj i próbuj, testuj swoje granice i na linie nad przepaścią tańcz.

6. Bądź szczery przede wszystkim wobec siebie, bo, koniec końców, to Ty będziesz musiał ze sobą wytrzymać

Wiem. Naprawdę rozumiem. Babka z fizy zapowiedziała sprawdzian trzy dni wcześniej, facet z polaka kazał Ci oddać trzy wypracowania, a z matmy wystawiła Ci zagrożenie. To zrozumiałe, że nie zdążyłeś się nauczyć, bo miałeś ważniejsze sprawy na głowie. Nowy odcinek serialu się przecież sam nie obejrzy. Za wygooglowanie na sprawdzianie tego, jak brzmiał pełny tytuł „Pana Tadeusza” przecież nie pójdziesz siedzieć. No i nikogo nie krzywdzisz, bo i wilk syty i owca cała. Tylko, że, no nie do końca.
Każdy ściąga. Serio. Wszyscy jesteśmy małymi oszustami i prędzej czy później następuje moment, w którym na teście ściągniesz. To nic wielkiego, ale tak naprawdę, jedyne kogo oszukujesz jesteś Ty sam. Sprawdzając odpowiedzi, zerkając do kompana z ławki czy wyciągnięcie z piórnika ściągi nie jest niczym złym, przecież nikogo nie mordujesz, ale dajesz sobie pozwolenie na niewiedzę. To nie tak, że wrócisz do domu i, tak jak sobie obiecywałeś, ogarniesz ten materiał, z którego wiedzę masz wybrakowaną. I, bądźmy szczerzy:

7. Nie ma czegoś takiego jak brak czasu. Są tylko priorytety i organizacja

Tego nauczyła mnie moja nauczycielka matmy (małe szanse, że to czyta, ale jeżeli jednak to serdecznie pozdrawiam!). Da się przeżyć liceum i zdać dobrze maturę, bez zarywania nocek i hektolitrów energetyków. No, chyba, że jesteś na biolchemie. Ale, całkiem serio – przestań się szlajać po pubach i postaw sobie jakieś cele. Chyba, że Twoim celem jest zbieranie drobnych do papierowego kubka. Zacznij tworzyć hierarchię i przestań być takim ignorantem. Dobra organizacja jest do wyuczenia, po prostu. Naprawdę niewiele wysiłku trzeba, żeby przestać marnować czas i jasno odgrodzić sobie czas na naukę od czasu wolnego. Taki rodział bardzo pomaga.

Większość moich znajomych zaczynała lekcje o ósmej rano i, zanim się przyzwyczaili, byli naprawdę zszokowani tym, że moje liceum zaczyna dzień trzydzieści minut wcześniej. Sporo moich kolegów z klasy przez trzy lata nie umiała się do tego dostosować i uznawało tą porę za „nieludzką”, ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia i wyćwiczenia rutyny. Prawie cały kwiecień wstawałam na siódmą, żeby pół godziny przed zajęciami posiedzieć nad matmą. Jak już przestałam umierać, a mój organizm zaakceptował tak wczesne godziny budzików, przesunęłam czas wstawania jeszcze o godzinę szybciej, żeby móc spokojnie wypić herbatę i poczytać książkę. O slow living jeszcze kiedyś napiszę, teraz skończę na tym, że szukanie wymówki i usprawiedliwianie każdego swojego niedociągnięcia nie jest dla Ciebie zdrowe, bo przez to zaczynasz się rozleniwiać.
Szkoła średnia to często nie pierwszy, ale intensywniejszy okres burzy hormonów i silnych emocji. To często nieudane próby, rozterki, złamane serca, ale też grube imprezy, pierwsze używki i nowe doświadczenia, które buzują w głowie jeszcze na długi czas „po”. Kształtowanie samej siebie, wyznaczenie drogi i szukanie odpowiedniego kierunku, często poprzez zabłądzenie przy zgubnych kierunkowskazach, było – i dalej jest – bardzo ekscytujące. O ile dobrze wykorzystasz ten czas i nie spieprzysz okazji, jakie daje Ci życie.

Share This: