czy blogerzy zmieniają świat na lepsze?

Jestem często krytykowana za swój beznadziejnie nieuleczany idealizm. Mam w głowie piękny, wymyślony świat, w którym ludzie kochają się nawzajem, nie robią sobie krzywdy, (a przynajmniej nie umyślnie), tworzą dobrze funkcjonującą, pełną inicjatyw, społeczność. Jako tegoroczna maturzystka, powinnam precyzyjnie stwierdzić, że marzę o społeczeństwie obywatelskim, najlepiej z fińskim systemem edukacji i premierem Kanady na czele rządu. Marzę o braku podziałów i braku nienawiści. Świat jednak okazał się troszeczkę inny, niż jego kreacja Johna Lennona ugruntowana w mojej głowie, dlatego nadziewając się na kolejne rozczarowania, tragedie, niedomówienia, fałsz i kłamstwa, zaczęłam zastanawiać się, czy i co ja – jako jednostka – mogłabym zrobić, żeby usunąć całe, albo chociaż dużą część zła i wstrzyknąć w świat, w którym żyję, nie tylko optymizm, ale także świadomość, otwartość i predylekcję do dobra?

Kim jesteś?

Prawie każda rejestracja na prawie każdym portalu społecznościowym i prawie każde uczestnictwo w prawie każdej nowej grupie, wymaga przedstawienia się i opisania swojej osoby. Profile społecznościowe trzeba uzupełniać nie tylko personalnymi danymi, ale także winno się je opatrzyć jakąś życiową sentencją czy raportem-streszczeniem z naszego życia.

Pamiętam pierwszą lekcję polskiego w liceum, kiedy każdy z nas miał się przedstawić i powiedzieć coś o sobie. Zastanawiałam się nad tym i wydaje mi się, że nie chodzi tu jedynie o to, czy lubisz niemieckie kino, rosyjskich pisarzy czy grać w krykiet. Ten opis, te dość infantylne i na pewno stresujące wyznanie, którego się od nas w takich momentach oczekuje, jest jedynie pretekstem, do zadania sobie, a dopiero później osobie obok, prostego pytania: Kim jesteś?

Długo szukałam na to odpowiedzi i, jeżeli miałabym być szczera, dalej szukam. Oprócz określeń, które wynikają z mojego istnienia i chodzenia po ścieżkach, które, chociaż wybrane samodzielnie, są częścią pewnego schematu, wokół którego funkcjonujemy, nie mogłam znaleźć odpowiednich słów. Graficzne przełożenie dróg, które sobie wyznaczam, mogłoby przypominać mapę tokijskiego metra. To wiele kierunków, często zupełnie ze sobą niepowiązanych, które czasami nawet nie zaprowadzają mnie do jakiegokolwiek celu. Sęk chyba tkwi w tym, że ja nie oczekuję tego ani od nich, ani od życia, jakie prowadzę. Dlatego właśnie gdybym miała się jakkolwiek określić, nazwałabym się mianem „poszukiwacza”. I to poszukiwacza, który nie jest do końca pewien, czy znalezienie rzeczy, której powinien szukać, sprawiłoby mu większą radość niż poszukiwanie samo w sobie. Bo, i o tym musi wiedzieć każda osoba, którą interesuje to co mam do powiedzenia, (a raczej interesuje Cię to, czytelniku, skoro dobrnąłeś do tego momentu), uważam, że życie wcale nie polega na tym, żeby znajdywać, ale na tym, żeby szukać.

Krzywe zwierciadło

Wydaje mi się, że w tych słowach (lekko przedłużającego się) wstępu, powinnam skorygować, a przynajmniej spróbować zmienić pewne powszechnie panujące przekonanie. Myśląc „bloger” wyobrażamy sobie zahaczone prawie o czubek nosa modne okulary, prawą rękę z perfekcyjnym manicurem biegnącą po klawiaturze Maca, a lewą obejmującą pasujący do koloru paznokci kubek z detoksową herbatą w środku. Wyobrażamy sobie białe, przestronne wnętrze, stojące świeczki yanklee candle na białym parapecie obok sukulentów w estetycznych doniczkach i leżący na białej pościeli sprzęt fotograficzny, warty mniej więcej tyle, ile Twoje auto, na które oszczędzałeś parę lat. Jedyne co w takim życiu może przeszkadzać to upierdliwa metka, z nazwą jakiejś drogiej, modnej firmy, która raz na jakiś czas (zwykle, kiedy bloger schyla się odstawić kubek lub musi podejść do okna, bo akurat w tym momencie dobre jest selfie lightning), drażni gładką (po cukrowym peelingu z papai) skórę karku lub żeber. Cóż, rzeczywistość wygląda troszeczkę inaczej.

Z ludźmi, których twarze zwykle są oświetlone przez migoczące ekrany smartfonów, tabletów czy laptopów, spędziłam na Blog Forum Gdańsk około piętnastu godzin podczas prelekcji, rozmów i picia kawy oraz około trzy godziny na rozmowy, imprezę i picie whisky. W powietrzu unosiły się zapał, energia i kreatywność, zamiast często zarzucanej im pychy lub wyższości. Ten weekend zaliczam do jednych z najcenniejszych i najbardziej inspirujących. Dużo uczestników wyjawiło, że BFG jest dla nich swoistą formą blogerskiej spowiedzi. Pakując walizkę czy jadąc do domu, robią rachunek sumienia – co udało im się zrobić, z czego mogą być dumni, a czego było za mało i co powinni nowego wprowadzić.

Czas tej konferencji ładnie skomponował się u mnie z okresem wahania się na rozdrożu, a raczej na stacji metra, na której można przesiąść się na wiele różnych linii (czy takie stacje w ogóle mają jakąś nazwę? Na przykład „łączniki” albo „stacje zapalne”? Powinny mieć!). Zrozumiałam, że nie trzeba być dziennikarzem pracującym w gazecie, żeby mieć coś do powiedzenia, a blogerzy też potrafią być rzetelnymi reporterami i relacjonować wydarzenia np. z linii frontu (Jakub Górnicki, Marcin Ogdowski, który jeszcze jest na tyle niepopularny, że word podkreśla jego nazwisko. Do obu Panów zalecam zajrzeć).

Skończyła się lekceważąca ignorancja internetu. Pomijając fakt, że blogerzy realnie ZMIENIAJĄ świat na lepsze przez pisanie tekstów rozbudzających świadomość (blogi edukacyjne, popularno-naukowe, lifestylowe etc., czy wyżej już wymienione reportaże), blogerzy CHCĄ ten świat zmieniać jeszcze bardziej i jeszcze głębiej. Ludzie z blogosfery, to często osoby, które starają się wykorzystać swoją popularność włączając się w różne akcje społeczne (jak poparcie niektórych „znanych” #czarnegoprotestu) czy charytatywne. To nie rozprawka, a witryna jest, Bogu dzięki, całkowicie wolna od „co przemawia za postawioną przeze mnie tezą”, dlatego nie będę „dowodzić tu swojej słuszności”. Oni po prostu są super i musicie mi uwierzyć. A jak nie wierzycie, poznajcie kogoś, kto siedzi „w tym” jakiś czas i przekonajcie się sami.

Clive Thompson powiedział bardzo prosto:

blogerzy zmieniają świat na lepsze, bo wiedzą, że mogą

Potrzebuję ciągle nowych bodźców. Jeszcze trzymając palec na ostatniej stronie książki i błądząc wzrokiem po ostatnich, żegnających się ze mną, linijkach tekstu, drugą ręką sięgam po kolejną. Prowadziłam szkolną gazetę, a jak było mi mało, zainicjowałam i zaczęłam prowadzić gazetę gdańską. Teraz zaczynam czuć, że znów przestaje mi starczać to, co robię i potrzebuję czegoś nowego. Zaczynam projekty, a kiedy osiągają już wymarzony przeze mnie poziom, biorę się za kolejne. To nie pazerność, brak stabilności czy słomiany zapał. Nazwałabym to głodem rozwoju. Pisząc to, mam otwarte osiem kart w wordzie. Co nie znaczy, że wszystko, co zaczynam i nad czym pracuję, traktuję powierzchownie. Linie tokijskiego metra biegną w różnych kierunkach, docierają w różne miejsca i są najrozleglejszym systemem na świecie. A mimo to są szybkie, punktualne, płynne i wygodne.

PS A tak serio, to muszę zająć się czymś, żeby nie zajmować się maturą. Do przeczytania!

Share This: