faceci, których wciągam nosem | czyli jak działa partnerstwo?

Pamiętam, jak w podstawówce spodobał mi się taki Artur. Był starszy, miał ciemniejszą karnację, ciemne oczy i długie, ciemne włosy. Co prawda, pękło mi serce, kiedy zobaczyłam go na korytarzu ze ściętymi włosami, ale nadzieje, że będziemy szczęśliwym małżeństwem, nie zgasły. Zimą, prymitywne szkolne boisko zalewano wodą, tak, żeby stworzyć małe lodowisko. Chodziłam tam z babcią. Traf chciał, że Artur także przychodził ze swoją. Okazało się, że chłopak nie umiał jeździć ma łyżwach i ja, w ramach podrywu oczywiście, próbowałam go nauczyć. Wtedy mi się to podobało i byłam przeszczęśliwa, że mogłam trzymać jego rękę swoją, mimo że dzieliły nas paskudne milimetry tkaniny rękawiczek.

W gimnazjum wyjechałam w góry. Prawie dziesięcioletni staż szusowania na nartach sprowadził mnie do spróbowania czegoś nowego. I, przysięgam, wcale nie za sprawą Pawła, przystojnego, starszego współuczestnika wycieczki, który z ciemniejszą karnacją, ciemnymi oczami i ciemnymi, dłuższymi włosami, wybierał zimowy jednoślad. Paweł spodobał mi się nie na żarty i, jako urodzonej flirciarze, nie przeszkadzał nawet fakt, że mój obiekt zainteresowania miał dziewczynę. Bo, jak to przysłowie mawia, Zosia nie ściana – da się przesunąć. I na to też po cichu liczyłam. Tak czy siak, nawet w pewnym momencie grzałam ręce w jego wielkich rękawiczkach, planując w głowie nasze wesele. Paweł mnie uczył i instruuował, z anielską cierpliwością oglądając moje upadki, a mi zaczęło to imponować. Że był ode mnie lepszy.

Ostatnio usłyszałam teorię, że osoby dominujące podświadomie szukają w partnerach predyspozycji do jeszcze większej dominacji. Wyśmiałam to. Przecież nie będę z facetem, z którym będziemy gotowi się pozabijać, żeby bronić własnych racji! Nie chcę kogoś, kto będzie mi mówił jak mam żyć. Ale chyba jeszcze bardziej nie chcę kogoś, komu ja będę musiała to mówić i kogo będę prowadzić za rękę. Przecież w związku nie chodzi o to, żeby kogoś niańczyć, czy żeby na kogoś chuchać i dmuchać. Zaczęłam analizować Artura i Pawła, dwóch prawie-bliźniaków, reprezentantów typu, który tak bardzo mi się wtedy podobał. To w rzeczywistości były dwa zupełnie różne przypadki. I, teraz, kiedy wiem o swoim życiu trochę więcej, wiemtakże, że relacja z Pawłem byłaby dla mnie o wiele zdrowsza.

Fenomen daddiego, który mamy okazję obserwować od paru lat, wcale nie jest objawem łudząco przypominającym kompleks Elektry. On nawet nie jest z nim związany w jakikolwiek sposób! To, że dziewczyny, w różnym wieku, nazywają swoich partnerem mianem „daddy”, nie ma dużo wspólnego z więzami rodzinnami, chociaż obserwujemy teraz kolejne pokolenie bez ojców. Brak silnego autorytetu, dużych, silnych, lekko żylastych rąk, które w dzieciństwie powinny być przy swoich córeczkach-księżniczkach, symuluje taką potrzebę później, w okresie dojrzewania i w dorosłym życiu. To jednak nie sprawiło, że dziewczyny nagle zachciały sypiać z własnymi ojcami. Nie chodzi tu o fetysz, przynajmniej taką mam nadzieję. Czasy, i idące w konsekwencji za nimi, stereotypy, schematy i przemiany, zmusiły kobiety do ciągłego demonstrowania swojej niezależności i udawania jej innym. Ta cała faza na „daddiego” wzięła się z wewnętrznej potrzeby chociaż chwilowej uległości. Niezwykła popularność Christiana Greya i jego „pięćdziesięciu popieprzonych twarzy” doskonale pokazuje, jak potrzebny jest odpoczynek od wiecznej dominacji. Bo przecież miała to być trylogia skierowana do domowych kur, a do serii dorwały się zarówno one, jak i nastolatki, kobiety sukcesu czy te, zajmujące pośrednie szczeble drabiny społecznej.

Jestem liderem (albo liderką, to zależy, czy społeczeństwo już dorosło do tego, żeby żeński odpowiednik nie nosił słabszego znaczenia). I źle się czuję na innej pozycji, no tak już mam. Dominuję w prawie każdej sferze życiowej i na prawie każdym polu, które mnie interesuje. Decyduję, kieruję, kontroluję, panuję nad sytuacją. Zawsze mogę zwolnić albo zrobić sobie wolne, przekazać przywództwo komuś innemu ale czuję uczucie niespełnienia, które delikatnie zapuka mi do życia. I obawę, że coś będzie nie po mojej myśli, (tj. oczywiście, nie tak, jak trzeba.) Bywam despotką, ale nie tyranem. I powoli zaczynam być tym trochę zmęczona. Całe życie prowadzę innych za rączki, bo taką rolę obieram sobie za każdym razem.

Byłam kiedyś w związku, w którym to ode mnie zależało co będziemy danego dnia robić; czy pójdziemy do kina, a jeżeli tak to do jakiego, i na którą i na co. Ode mnie zależało, czy gdzieś wyjdziemy, czy zostaniemy w domu grając w planszówki. Gdybym mogła, pewnie decydowałabym czy danego dnia spadnie deszcz, czy raczej będzie świecić słońce. I w końcu – dojrzałam, żeby powiedzieć sobie dość. Chociaż to dla mnie spory wyczyn, zaczęłam być gotowa na oddanie komuś pałeczki i przyzwolenia na wolną rękę. Bez obawy, że coś spieprzy.

Nie wszyscy w głębszych relacjach ze mną, mogliby czuć się dobrze. Bo ja jestem emocjonalna i zawsze o trzy kroki do przodu. Nie chciałabym kogoś tłamsić, przez wieczną dominację i nie chciałabym też bawić się nagle w czyjąś mamę czy opiekunkę. Nie chciałabym lekceważyć męskich, choć słabszych od mojego charakterów. A mogłabym to nieświadomie robić.

Ostatnio siedziałam w kawiarni z gościem, który do swojego espresso zamówił też pół szklanki wódki. Chwilę pogadaliśmy, a potem usłyszałam, że wydaję się być taką dziewczyną, która „zwykłych facetów wciąga nosem”. To trochę mnie rozśmieszyło, ale po części dotarło do mnie, że to dość prawdziwy żart. Bo choć szanuję wszystkich, to dla mnie liczy się ambicja i charakter. I zadziorność, co najmniej taka jak moja.

Mocny charakter potrzebuje mocnego charakteru, żeby oba wzajemnie okiełznywały swoje chaosy emocji. Ludzie to pewne jedynki albo niepewne połówki. W przyrodzie średnio egzystują liczby niecałkowite. Dlatego powinniśmy dobierać się w dwójki lub jedynki, nie dając sobie możliwości na „resztę” po przecinku. Która będzie ciążyć obojgu.

PS Pana od espresso i wódki serdecznie pozdrawiam, jeżeli to czyta 😉

Share This: