kilka słów o Blog Conference Poznań | śniadanie w Poznaniu – gdzie jedzą blogerzy?

To był mój pierwszy raz. I jestem śmiertelnie poważna. Na konferencji blogowej byłam – w Gdańsku, na Blog Forum Gdańsk, ale jako media. W zeszły weekend, pierwszy raz dostałam plakietkę z własnym adresem strony. Mało tego – pierwszy raz byłam w Poznaniu i pierwszy raz wyjeżdżałam całkowicie sama. I bawiłam się świetnie!

Poznań jest miastem bardzo estetycznym, z którego chce się czerpać więcej i więcej. Większość Poznaniaków, kiedy dowiadywała się, że jestem z Gdańska, mówiła, że zazdrości, bo piękne miasto, mamy morze i dużą multikulturowość. To prawda, ale uznałabym Poznań za bardziej artystyczny i buntowniczy, choć to Gdańsk i historia tego miasta, mają wpisany w siebie protest.

Trochę o BCP

Blog Conference Poznań to największa, biznesowa konferencja dla blogerów i influrencerów. W tym roku, organizatorzy ulokowali wydarzenie na Międzynarodowych Targach Poznańskich, kreując tam dla nas dwa dni pełne warsztatów, inspiracji i networkingu. Miałam mieszkanie na Długiej, jakieś trzydzieści minut od Targów. No i, w ramach usprawiedliwienia wieczornych drinków i piwek na afterparty, wszędzie chodziłam pieszo. Na tyle, że Mania, znana jako Tekstualna, przy pierwszym spotkaniu powiedziała mi, ze już jej gdzieś mignęłam, bo poznała mnie po butach.

Dla mnie nie tylko obszar blogosfery, ale życia w całości, to przede wszystkim ludzie. A blogosfera to na ogół ludzie maksymalnie kreatywni, cudownie pracowici i niesamowicie zapalczywi. I tak się składa, że właśnie takich ludzi, lubię najbardziej. Wokół tych osóbek ciężko jest czuć się nieswojo czy niekomfortowo. Serio! O całkowicie błędnych stereotypach, dotyczących tego środowiska i o tym, że statystyczny bloger to świetna istotka pisałam w swoim pierwszym wpisie, zaraz po BFG (>>LINK<<), ale kolejna konferencja znowu zalała (mlekiem i) miodem moje serduszko.

(Od lewej: Kasia, Magda, Natalia, Kuba i Agnieszka)

BCP w tym roku zdecydowało się ugościć aż tysiąc twórców. Cała konferencja była zorganizowana z partnerstwem m.in. Rosefield czy Lidla. To chyba pierwszy raz, kiedy supermarket wyciągnął rękę w stronę młodych influencerów. Naprawdę świetnie, że takie koncerny chcą uświetniać nasze spotkania. Ale, moim skromnym zdaniem, były rzeczy, które można było zrobić ciut lepiej – weganie i wegetarianie byli rozczarowani brakiem pożywienia dla siebie na niedzielne śniadanie, bo przygotowane przez ekipę bajgle były z łososiem, tuńczykiem lub wieprzowiną. I stół szwedzki mógłby wyglądać bardziej estetycznie – co najmniej tak, żeby blogerzy, którzy potrafią robić zdjęcia jedzeniu do czasu, aż wystygnie, chcieli otworzyć aplikację aparatu w telefonie. Małymi mankamentami były też brak programu i jakiejś specjalnej atmosfery sprzyjającej integracji. Ale mimo wszystko – ekipa BCP spisała się dobrze, ja poznałam świetnych ludzi, networking został przeprowadzony bardzo sprawnie i długodystansowo, a z konferencji wyniosłam bardzo dużo – więcej niż na matmie w pierwszej liceum.

Gdzie zjeść w Poznaniu?

Już niedługo na blogu pojawi się taki śniadaniowo-bistrowy gdański przewodnik, ale teraz zapraszam Was w kulinarną, bo nie tylko wczesnoporanną, podróż po mieście szparagów, koziołków i buntu. Poznańskie bistra zwiedzałam zwykle razem z Magdą, a często też z Agnieszką. Nasza naczelna zasada dobrego blogowania brzmi „dobrze i dużo”, ale teraz mam nadzieję, że macie puste żołądki, bo będzie „smacznie i fajnie”. No to:

Zaczynamy od śniadania

Tydzień wcześniej bawiłam w Warszawie i co do pewnych kwestii, wysnuły mi się podobne wnioski: bardzo trudno jest zjeść śniadanie rano. Wiem, że część z Was pomyśli, że zdanie złożyłam bezsensu, bo śniadania to się je zwykle rano i w ogóle nie kumacie. Ale ja mówię, moi drodzy, o posiłkach przed 10. A knajpek, które są gotowe na takie wyzwanie jest dość mało.

Nie przepadam za śniadaniami – nie dlatego, że są złe same w sobie, ale dlatego, że wstaję rano, a wtedy nie chce mi się jeść. Dla mnie zimne śniadanie to nie śniadanie, a zupełnie o pustym żołądku nie wyjdę z mieszkania, więc przez klasę maturalną, kiedy pobudki czekały mnie o 5:20 dzień w dzień (teraz, kiedy mam swoje wakacje, śpię tylko godzinę dłużej, a i tak zamierzam ten nawyk zmienić), stosowałam bulletproof coffee w termosie. Śniadania, o ile to nie kawa z termosu albo jajecznica w sobotnie przedpołudnie we własnej jadalni, kojarzą mi się z wyjazdami. I dbam o to, żeby kojarzyły mi się one dobrze.
Jestem zdania, że życie jest za krótkie, żeby jeść słabe śniadania, a często jak zaczniesz dzień, tak go skończysz, dlatego na śniadanie polecam Wam w Poznaniu przede wszystkim Razową. Zaczynam trochę od końca, bo chociaż Razowa była w mojej głowie zaplanowana na śniadanie jeszcze przed wyjazdem, to razem z Magdą, trafiłyśmy tam dopiero w poniedziałek, tego samego dnia, kiedy miałyśmy powrotnego busa do Gdańska. Bistro szczęśliwie otwarte jest od 7, także w sam raz na poranny posiłek i dobry start dnia. Zamówiłam tosty z kozim serem i burakiem, a Magda kanapkę azjatycką na ciepło. Dobrałyśmy do tego latte na podwójnym espresso i americano.
Drugim miejscem, godnym spożywania tam porannych posiłków jest LeTarg, usytuowany w Starym Browarze. To, że otwierają od 8, było dla mnie wystarczającym pretekstem żeby tam się wybrać (i nie umrzeć z głodu). Stary Browar o poranku wygląda cudnie – ludzie dopiero rozstawiają stoliki, wynoszą kwiaty na tarasy, wszystko jest owinięte w nutki zaspania i ciepłych promieni. LeTarg ma bardzo roślinny, naturalny wystrój. Postawiłam na szakszukę, która smakowała mi tak bardzo, że nie przeszkadzał mi nawet fakt, że jadłam sama (bo moja towarzyszka okazała się być śpioszkiem).

Trzecią śniadaniarnią jest Bagels & Friends, przy Wyspiańskiego 26. Knajpka, umieszona w pasażu lekko podobnym do gdańskiego Starego Maneżu, od poniedziałku do czwartku jest otwarta od 8, w soboty od 9, a w niedziele od 10. Jadłam tam razem z Kasią, drugiego dnia konferencji. Przez zeszłonocne afterparty, wypiłam w mieszkaniu tylko kawę, a na bajgle poszłyśmy w blogerskiej przerwie lunchowej. Kasia zamówiła razowego bajgla z awokado i prosecco (które było w absurdalnej cenie dwudziestu złotych, ale należało nam się), a ja postawiłam na bajgla z cheddarem i suszonymi pomidorami i białe domowe wino.

Gdzie na lunch?

Do tej kategorii powinnam podpiąć moją trzecią pozycję śniadaniową, czyli Bagles & Friends, ale, uwierzcie mi, te bajgle mentalnie były dla mnie śniadaniem. Bez znaczenia, czy zamówiłam do tego wino, czy nie. Po prostu to przemilczmy.
Obiecałam sobie pójść do „mekki hipsterów” – Taczaka 20 (przy, oczywiście, ulicy Taczaka 20). Wystrój był fantastyczny, włoczkowe „20” wisiało na ścianie, a my z Magdą cudem znalazłyśmy stolik. Zamówiłam kanapkę z awokado i mrożoną kawę, a moja towarzyszka kanapkę z hummusem i białe americano. Było pyszne, czy miejsce jest mekką hipsterów tego nie wiem, ale na jedzenie warto się tam przejść. Dużym plusem, który może wydać się śmieszy, ale obiecałam sobie to opisać, jest ich toaleta, a konkretnie podajnik na ręczniki. Na Taczaka 20 nie dostaniecie w łazience papierowych ręczników do rąk, nie znajdziecie tam też mechanicznych suszarek. Jest za to maszyna, automatycznie wysuwająca ręcznik, będący ręcznikiem wielokrotnego użytku – wycieramy dłonie, a kiedy jest on juz mokry, wsuwa się spowrotem. Byłam zachwycona poziomem myślenia ekologoicznego, także jeżeli macie gdzieć wycierać mokre dłonie, to na pewno w tej knajpce.
Kolejną lunchową miejscówką jest raczej dobrze znane FryDay na ulicy Wrocławskiej. Dostaniemy tam boxy – pełne zapiekanych fryt, z wybranymi dodatkami i skrytką na sos. Byłyśmy tam (prawie) w komplecie – czyli w czwórkę i kupilyśmy dwa razy pulled pork z sosem barbecue, raz TexMex z ostrym i dla mnie salami z sosem salsa mango. Idealny posiłek przedmelanżowy i tak, żeby się zdrowotnie stoczyć. Miejsce jest bardzo małe, prawie klaustrofobiczne, a już na pewno, kiedy jest sporo ludzi, ale jedzenie było dobre i byłyśmy zadowolone.
Tak jak pisałam, Poznań zapisał się w mojej pamięci jako miasto zapalczywego buntu i uroczej awantury. Wege-miejsc, od razu, bezpośrednio kojarzonych z hipsterami, jest multum, a pierwsze z nich, do którego trafiłyśmy, była miXtura. Zanim opowiem o tym przytulnym bistro, napomknę troszkę o okolicy. Jest to zaraz obok Kina Apollo, i to jedyne miejsce, w którym zagościłyśmy aż dwa razy. Na uliczce mieści się równiez najmniejsza kawiarnia w Poznaniu, do której niestety nie udało nam się wejść. Kawiarenka została stworzona przez lokalnego artystę, którego maleńkie graffitii można zobaczyć w mieście prawie na każdym kroku i na kazdej ulicy. Jest tam też antykwariat, bardzo geograficzny, z pięknymi globusami, mapami i turystycznymi podręcznikami. Cudne miejsce, raczej moje ulubione w całym Poznaniu.

Co do miXturyich taras to schody, z dwoma hamakami-dziuplami i ławkami-paletami, przemalowanymi na ciemny, drzewny brąz. W środku też bardzo oryginalnie – żołto i artystycznie. Magda zamówiła burgera z burakiem, a ja frytki z batata. Wzięłyśmy też wyciskane soki, które nam polecano, a za drugim razem, kiedy wpadłyśmy chwila przed odjazdem busa, żeby usiąść i czegoś się napić, spróbowałyśmy ich lemoniad. Miejsce z pewnością godne polecenia, bo wyszłam zakochana i już tęsknie.
Druga miejscówka, z kategorii knajpek-buntu, jest, także znana, VegePizza. Polecił mi ją znajomy, z Poznania, który wpadł na weekend do Gdańska, chwilę przed moim wyjazdem. Wszystko jest obklejone plakatami i wlepami, informującymi o manifestacjach, akcjach społecznych czy protestach. Podobno serwują tam najlepszą pizzę w całym Poznaniu! Magda postawiła na pieczonego buraka, a ja na cukinię. I, chociaż obie weszłyśmy do pizzeri najedzone, to zjadłyśmy wszystko, tak nam smakowało. Knajpka znajduje się bardzo niedaleko lokalizacji Targów, jednak trzeba wiedzieć, że płatność kartą jest niemożliwa.

Potem relaks

Chyba wszyscy kojarzą lody u Kolorowej. Są prawie tak znane jak stukające się kozioki. W przeciwieńswtie do koziołków, lody „zaliczyłyśmy”. Drugiego dnia BCP, spotkałam Natalię, z którą poznałyśmy się na Blog Forum Gdańsk. Tym razem zgarnęła ze sobą męża, Kubę, i po całym evencie, razem z Magdą, w czwórkę poszliśmy właśnie na te słynne lody. Parka jest z Poznania, więc trochę doradziła nam smakowo. W Kolorowej kupuje się porcje, nie gałki. Jedna porcja to dwie gałki, mniej więcej. I jedna porcja, to naprawdę dużo, uwierzcie mi. Postawiłam na oreo ze snickersem, dziewczyny wzięły malinę z winem porto i mascarpone z czarną porzeczką, a Kuba zgarnął całą porcję snickersa. Kolorowej nie trzeba raczej reklamować, wiec tylko napiszę, że lody były super i podzielam panujacą powszechnie opinię 😉

Ostatniego dnia, po konferencji i lodach, wyskoczyłyśmy z Magdą do Ptasiego Radia na drinki. Chociaż do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że wchodząc nie zauważyłam promocji na wino – w odrębie której przy zamówieniu dwóch kieliszków, cała karafka była gratis, to byłyśmy zadowolone. Miejsce wygląda jak ptasia klatka, choć broń boże nie jest klaustrofobicznie. Delikatne pręciki tworzą fajny, oryginalny klimat, (którym pewnie cieszyłabym się bardziej, gdybym skorzystała z tej okazji!).Tak czy siak, na instagramie widziałam, że koledzy-blogerzy także byli i zwiedzili. Nie wiem jak oni, ale my polecamy!


Konferencje są odprężające, ale tylko po części. Ja po nich czuję się gotowa – przepisałam całą drogę powrotną, pisałam wieczorami po prelekcjach i warsztatach. Odpalałam worda, albo otwierałamn swój mały notesik. To hektolitry motywacji i tony kreatywności. Inspiracje, które dają Ci paliwo. I mam nadzieję, że tego napędu mi starczy, chociażby do końcówki lipca, kiedy to wybieram się na SeeBloggers w Gdynii;)

Wszyscy moi, wymienieni wyżej znajomi, są podlinkowani pod naszym zdjęciem ze ścianki;) Trzymajcie się ciepło i łapcie jeszcze pare ujęć z Poznania!

Share This: