na szczęście jesteśmy zjednoczeni | do czego potrzebna nam Unia Europejska?

Macie czasami tak, że denerwuje Was niewiedza i nieświadomość innych? To tak jak ludzie po rozszerzonej geografii mogą denerwować się, że ktoś nie umie obliczać stref czasowych i nie wie gdzie leży Tunis, tak ja, jak i reszta humanistów, denerwujemy się, gdy ktoś nie zna funkcjonowania struktur rządowych, ograniczeń kompetencji i uprawnień wysokich stanowisk czy podstaw prawa, w obrębie i na podstawie którego funkcjonujemy.

Nie jestem ekspertem, ale nieustannie słucham ludzi, którzy za takich ekspertów się uznają. Słyszę, że ktoś działa wbrew racji stanu, bo nie dba o interes swojego państwa, mimo że pozycja, którą zajmuje, wymaga bezstronności. Wysłuchuję zdań na temat traktatów, czy umów, których gały osobnika wypowiadającego takie słowa, nawet nie widziały. Do takiej świadomości i sprawdzania faktów jeszcze nam daleko, ale może chociaż część ludzi przestanie być wrogo nastawiona do czegoś, czego nie zna.

Mam wokół siebie pełno eurosceptyków, których bardziej trafnie mogłabym określić mianem eurowrogów. Zachowują się trochę jak ślepi, chociażby mijając znaki świadczące o finansowej pomocy Unii, bo są zbyt zajęci skupianiem uwagi na tym, że ślimak to ślimak, a nie ryba. Ta absurdalność, która wesoło kwitnie sobie na grządkach niewiedzy, jest czasami porażająca. Tym bardziej wtedy, kiedy wypowiadają się głośno i publicznie, przekonani o swojej racji, która z zasadnością ma niewiele wspólnego.

Tak, oczywiście, że jestem za Unią! Nie chodzi o to, że chcę zostać „skolonizowana” i mam w dupie „suwerenność”. Ja po prostu nie mogłabym być przeciwko jakiejkolwiek integracji. Nawet, jeżeli ideały UE mocno odbiegły od tych pierwotnych. Z tym patriotyzmem, nie tylko polskim, też jest śmieszna sprawa. Bo tak na chłopski rozum, to patriotyzm jest przecież uczuciem nabytym. Nie oszukujmy się, przecież nie kochałbyś swojej ojczyzny, gdyby Twoi rodzice, a potem także nauczyciele, nie powiedzieliby Ci, że powinieneś ją kochać. Nie chciałbyś ginąć za ziemię, która nie jest Twoja, ale jest dobrem wspólnym, gdyby nikt wcześniej nie powiedziałby Ci, że tak właśnie należy robić. Ale z tą kwestią lepiej skończę już teraz i może odwołam się do niej kiedy indziej. Albo najlepiej to już nigdy więcej, bo wiem, że zaraz znajdą się przedstawiciele głoszący, że tylko bób, homar, włoszczyzna i ubiczują mnie jak Kserkses morze. Tylko dlatego, że nie jestem pewna, czy chciałabym za swój kraj ginąć.

Naprawdę mdli mnie, kiedy słyszę Cejrowskiego. I, przysięgam, nawet nie chodzi o to, że kiedy pierwszy raz oglądałam jego program, jeszcze za dzieciaka, to zobaczyłam, że pan Wojtek jest w sandałach i wcale nie przeszedł całego świata boso, a więc okazał się zwykłym kłamczuchem. Nie chodzi także o to, że kiedy widziałam tego pana po raz pierwszy, na Długiej, w Gdańsku, to trzymał kartonik z napisem, że „zdjęcie za ojcze nasz”. Wtedy trochę się z tego zaśmiałam, a trochę było to dla mnie jakieś takie niesmaczne. Mdli mnie jednak, kiedy Cejrowski wykazuje się ciasnym umysłem, nie mając pojęcia o tym, dlaczego potrzebna nam jest równowaga rynku, bo najważniejsze jest to, że nie możemy produkować tyle ziemniaków ile chcemy. I co to w ogóle za zasady, żeby kraj nie mógł sobie wyprodukować tyle ziemniaków, ile mu się podoba?! To przecież ograniczanie wolności i suwerenności!

Mdli mnie także jak widzę te eurosceptyczne sklejki, kiedy obserwuje nienawiść i głupotę. Mdli mnie, kiedy słyszę, że smog i każdy inny problem, to nie problem (bo wszyscy Polacy już wiedzą, że ten katowicki osad na zębach to nie niebezpieczne zanieczyszczenie, ale piasek z Sahary), tylko jakaś bzdura wymyślona przez tą niemiecką organizację. Mdli mnie też przy oglądaniu wypowiedziach Wielce Szanownego Pana Europosła Janusza, kiedy słyszę, że jego wolności są ograniczane, przez obowiązek zapinania pasów (mimo, że, tak na marginesie, za wszystkie wypadki, a także na naprawianie zdrowia tym, którzy doznali urazu przez niezapnięcie pasów, płacimy my wszyscy). Bo w sumie żadne regulacje prawne nie są państwom potrzebne, a przynajmniej nie Dumnej, Wielkiej Polsce od Morza do Morza. Bo ludzie powinni być wolni, no i ein Reich, ein Volk, ein Ticket. Czyli jak z demokratycznych, silnych Niemczech zrobić hitlerowskie państwo. I to już nie w czasach PRL-u i to nie z ust sowieckiego Ministra Propagandy. Żenua.


W sobotę obchodziliśmy Dzień Wolności. Tysiące ludzi, (albo tysiące „garstek” ludzi wedle upodobania), wyszło na ulice wiwatując chabrowymi flagami i ciesząc się z jedności. Jedni manifestowali niezadowolenie z niespodziewanego exitu, inni chęć pozostania we Wspólnocie, bez względu na pretensje własnych reprezentantów. Patrząc na radosne tłumy, nie możemy jednak zapomnieć o tych, którym wychodzić na ulicę dalej nie wolno. Dokładnie tak jak nam, Polakom, parę dekad wcześniej. Na Białorusi nadal, pod okiem Łukaszenki, dochodzi do aresztowań demonstrujących i łamania praw do zgromadzeń czy wolnego wyrażania myśli i poglądów. Nie możemy zapomnieć, że nie wszędzie ludzie mają możliwość narzekać na panującą demokrację i wolność, bo zwyczajnie tego nie mają. Może patrząc na rozpraszanych białoruskich demonstrujących albo na opozycjonistów rosyjskich, z których główny został aresztowany, powinniśmy jednak docenić, to, że u nas już tak nie ma? I pomyśleć, że nic, a przede wszystkim wolność, nie została nam dana raz na zawsze.

Unia ma wiele grzechów

Decyzje, podejmowane przez większość, nie muszą zadowalać wszystkich. I pewnie, że są takie rzeczy, które mi się nie podobają. Są rzeczy, z którymi się nie zgadzam i są rzeczy, co do których mam pewne wątpliwości.

Unia ma wiele grzechów, tak jak każda większa czy mniejsza organizacja i wspólnota. ONZ na swoim koncie ma nie tylko udane interwencje. Skoro nie ma ludzi nieomylnych, to jak możemy oczekiwać samych sukcesów, gdy działa wielu ludzi razem? Prawdopodobieństwo błędu się zwiększa, bo zawinić, swoim głosem czy decyzją, może być każdy.


Pełny uniwersalizm nigdy nie był, nigdy nie jest i nigdy nim nie będzie dobrym rozwiązaniem. I nigdy, prawdę mówiąc, nie jest do końca możliwy. W europejskim poczuciu wspólnoty, nie chodzi o unifikację, a o możliwą indywidualizację potrzeb i celów. Bo właśnie tylko przez indywidualizację, a nie uniwersalizację, można kogoś wysłuchać, zrozumieć i mu pomóc. Właśnie dlatego „nowe” czy też odnowione Traktaty Rzymskie, deklarują wspólne działanie, jednak „w zależności od potrzeb, w różnym tempie, z różnym nasileniem”, ale „podążając w tym samym kierunku”. To, jak większość zapisów prawnych, wiążących czy też nie, daje duże pole do interpretacji, która będzie dokonywana za decyzją większości. Proste.

Wrogość ma swoje granice, jedną z nich jest granica miasta Gdańska

W zeszłym tygodniu, na Morzu Śródziemnym utonęło ponad 200 osób. Czytając komentarze pod wrzuconym newsem, nie mogłam uwierzyć w to co czytam. A czytałam, że to w sumie „bardzo dobrze”, że „lepiej oni niż my” i „lepiej w wodzie niż z bombą w centrum miasta”. Czytałam, że to dla niektórych była „najlepsza wiadomość dnia”, że to „karma za Londyn”, bo, jak widać, „Bóg jest sprawiedliwy”. Chyba nie muszę pisać, że to nie tylko złe, niewłaściwe i nie na miejscu, ale także całkowicie obrzydliwe.
Tu nie chodzi o bycie katolikiem czy euroentuzjazstą. Chodzi o bycie ludzkim. Po prostu.
Kiedy ponad rok temu, temat uchodźstwa stał się głośny, sama nie byłam pewna jakie zająć stanowisko. Większość ludzi wokół mnie było nastawionych negatywnie, a ja tylko odhaczałam kolejne dysputy o migracji, robiące mi jeszcze większy mętlik w głowie. Pamiętam, kiedy mój wychowawca i nauczyciel prowadzący w jednym, zabrał parę osób na jedną z nich do Europejskiego Centrum Solidarności. Po tej debacie, która wcale debatą nie była, bo okazała się jedynie gorącą namową do otwartości, mój wychowawca wstał i zaraz po opieprzeniu całej tej „śmietanki towarzyskiej” za „spijanie sobie z dziubków”, powiedział coś, czego nikt wcześniej nie powiedział – że może nie chodzi tu o strach i niechęć do obcej kultury i religii, ale o zwyczajny brak przygotowania na przyjęcie ludzi i zapewnienie im godnego bytu? Siedziałam rząd, albo dwa, przed nim, ale prawie się trzęsłam. Poruszyło to mną bo, po raz kolejny, wyszedł z nas ludzki egoizm – przekrzykując się czy warto, czy nie warto, czy się powinno czy też nie, zapomnieliśmy, że tu wcale nie o nas i o naszą otwartość chodzi. Nie chodzi tu o to, kto na jakiego wyjdzie, czy na dobrego katolika, czy na zaściankową mendę. Tylko o ludzkie życia, które może możemy uratować.

Od tamtego czasu, w Gdańsku powstało już Centrum ds. Imigrantek i Imigrantów. Jak mogę nie być z tego dumna? Tak, to europejskie deptanie ksenofobii, ale to także g d a ń s k i, nadmorski obowiązek – do tolerancji, akceptacji, otwartości i pomocy. Bo to tu jest polskie centrum europy, powstałe na gruzach, skomponowanych przez działania Hitlera i Stalina. Dlatego mieszkając tu, gdzie na ulicach, w knajpach i pubach, na co dzień mijam ludzi różnego wyznania, różnej narodowości i różnej rasy – tak ciężko jest mi zrozumieć sceptycyzm, brak chęci do integracji czy jakiekolwiek przejawy dyskryminacji. I także dlatego, że jestem mongolsko-niemiecką ukrytą opcją wolnościową, ale to wiadomo.


Tak, jestem Polką. Ale także jestem Europejką i nie zamierzam się od tej Wspólnoty separować. Bo wiem, że nie żyję w tak silnym kraju, by mógł działać samodzielnie, bo nie jestem na tyle naiwna, żeby twierdzić, że wujek Putin nam pomoże i rozumiem, że tylko wspólnie – my, razem, zjednoczeni, możemy coś osiągnąć.

PS Liczę się z tym, że jeżeli znajdzie się jakiś kozak, to w komentarzach przeczytam, że jestem „lewacką szmatą”, dlatego już teraz apeluję – powstrzymaj swoje paluszki, złap mnie na szkolnym korytarzu i wtedy powiedz mi, co o mnie myślisz. Usiądziemy w bufecie, pani ze sklepiku zrobi naszą „ulubioną” kawę (chociaż ta szkolna ostatnio smakuje jak siki) i wszystko mi opowiesz.

Zdjęcia z wiecu są autorstwa Martyny Miłogrodzkiej (instagram TUTAJ)!

Share This: