nie musisz być stołem, z którego wszyscy będą chcieli jeść

Szczerze pisząc – nie lubię świąt. Jak jeszcze je lubiłam, to i tak nie widziałam sensu w wielu rzeczach. Miejsca mojej mamy i babci były często wolne, bo obie śmigały w kuchni zajmując się wyjmowaniem z lodówek ryb po grecku, bigosu i serników. Albo biegały po nowy obrus, bo ten, który był na stole, akurat zaplamił się barszczem. Obie, jako gospodynie, stawały na rzęsach, żeby goście byli zadowoleni i dobrze spędzili czas. Wierciłam się wtedy na krześle, okropnie się nudząc, bo nie dość, że moich towarzyszek nie było i z dorosłymi zostawałam sama na pastwę losu, to jeszcze wszystko z tego suto zastawionego stołu było dla mnie niezjadliwe.

Od kiedy tylko pamiętam, jestem bardzo wybredna pod względem jedzeniowym. Wigilia czy inne święta, których okoliczności i tradycja wymagają przygotowania specjalnych potraw, to dla mnie stricte dni postne, albo preteksty do odgrzewania mrożonek czy przyszykowania sobie jakiś alternatyw. Od kiedy zaczęłam chcieć wyeliminować mięso z diety, staram się jeść bardziej różnorodnie. I tak próbuje sama sięgać po warzywa, nawet ostatnio ugotowałam sobie (!) po raz pierwszy soczewicę, (a potem okazało się, że smakuje jak piasek). Jestem wybredna też pod wieloma innymi względami, np.: doborem towarzystwa, ale czasami dochodzi do mnie, że trochę, po części, wdałam się w mamę czy babcię.

nie-musisz-byc-stolem-z-ktorego-wszyscy-beda-chcieli-jescBardzo mało mi trzeba, żeby chcieć się zaangażować w jakąś relację. Uwielbiam ludzi; czasami czuję, jakbym bardziej istniała dla nich, niż dla siebie samej. Jak już kogoś poznam, chciałabym dla niego jak najlepiej, czasem dwojąc się i trojąc, żeby tylko dołożyć kolejną cegielkę na piramidzie szczęścia tej osoby. Ustawiając kolejne potrawy na stole, którym sama się powoli staję, próbuję dogodzić nawet najbardziej wybrednym kubkom smakowym. W tym całym szale przygotowań i serwisu, dopiero kiedy już wszystko jest dopięte na tip-top, kiedy wiem, że dałam z siebie wszystko i więcej już zwyczajnie nie da rady – słyszę cichy szept, że jednak ten ktoś, dla kogo wypruwałam sobie żyły, nie jest głodny. Albo zwyczajnie – nie chce jeść, bo zje gdzie indziej. Z innego stołu. No i fajnie.

Na pewno każdy kiedyś czuł się tak, jakby oddał wszystko co miał i pozostał zwyczajnie pusty. Nie, żeby być specjalnie  rozczarowanym czy zdziwionym – dawając, wcale nie powinno oczekiwać się czegoś w zamian. Ale nawet jeżeli nic takiego nie wymagamy, to i tak ta pustka przyjdzie, kiedy zaczniemy grzebać sobie w sercu i okazuje się, że dla nas samych już nic nie zostało, bo sami sobie nie zostawiliśmy żadnego ciepła. Ja w takich sytuacjach zawsze się obwiniałam. Czy dałam za mało, (o ile wszystko może nie wystarczać)? Czy i co mogłam zaoferować jeszcze? Dałam serce, głowę, czas, ciało. Byłam stołem, z którego można było jeść bez końca. A jednak nie wyszło. 

nie-musisz-byc-stolem-z-ktorego-wszyscy-beda-chcieli-jescDojrzałam i dotarło do mnie, że to wcale nie moja wina. Nie moja wina, że chciałam dobrze. Że się angażowałam, dbałam i się starałam. Nie moja wina, że dawałam tylko to, co mogłam dać. Nigdy nie powinniśmy obwiniać się za to, że ktoś nas nie chce. Może to wcale nie konflikt interesów, ale konflikt potrzeb, którego nijak nie obejdziemy, cokolwiek byśmy nie robili. Z czasem się nauczyłam, że dawać i prosić to stanowczo za dużo, a ja nie muszę być stołem, z którego wszyscy będą chcieli jeść.

I właśnie takiego przeświadczenia życzę Wam dzisiaj. Obojętnie, na jakim etapie życia jesteście, bądźcie szczęśliwi przede wszystkim ze sobą, dbając o ciepło dla innych, ale zostawiając jakąś część dla samych siebie. Bądźcie dla siebie dobrzy.

I miłego wtorku!
Do przeczytania za tydzień 😉

Share This: