(semi)wegetarianizm jest super sexy! | najlepsza decyzja w moim życiu

Ten, kto obserwuje mnie na instagramie (@barbgrabowska (>>KLIK<<) doskonale wie, że od lutego przestałam jeść mięso. Chociaż nie była to radykalna zmiana, bo stopniowo się i swój organizm przygotowywałam, to uważam to za lepszą decyzję w życiu. Wiem, że sporo osób rozważa ograniczenie lub wyeliminowanie mięsa z diety, dlatego przybywam ja, cała na biało, żeby trochę Wam o tym opowiedzieć. Zaczynamy!

jak to się zaczęło?

Przyznam szczerze – rezygnacja z mięsa nie była dla mnie ogromnym wysiłkiem, bo nigdy za tym mięsem nie przepadałam. Kiedy byłam dzieckiem, rodzice i babcia próbowali przemycać „szyneczkę” na mój talerz, a jak byłam starsza to wciskali mi „kurczaczka” (bo od kiedy pamiętam nie obdarzałam sympatią ani wołowiny ani wieprzowiny, nie mówiąc już o innym, „dzikim” mięsie – jak dziczyzna, królik itd…). Powoli zauważałam, że do drobiu zaczynam się zmuszać, żeby nie sprawiać babci przykrości. I właśnie dlatego rok temu, zaraz po maturze, powiedziałam sobie „dość”.

Od razu po ostatnim egzaminie maturalnym wyjechałam na dłuższy weekend do Warszawy, a parę dni później do Poznania i pierwszy raz przez tak długi okres nie jadłam mięsa w ogóle. W wakacje podtrzymywałam wegedietę, ale na zimę znów wróciłam do dawnych nawyków i mięso ponownie zaczęło pojawiać się na moim talerzu. Do lutego nowego roku! W lutym znowu wzięłam się za zmiany, które popchnęły mnie w kierunku kuchni i (w końcu!) zmusiły mnie do gotowania. Od tamtego czasu trwam w swoim nowym nawyku żywieniowym i powiem Wam, że nie mogło być lepiej.

(semi)wegetarianizm

win-win

Przez ostatni rok ograniczania spożywania mięsa i 6 miesięcy dość restrykcyjnej diety (pod względem zawartości – czy właśnie braku – mięsa) mogę szczerze napisać tak: minusów nie widzę. Ani jednego ani ciut ani nawet pół minusa. Wszystko, cała ta zmiana trybu życia, wyszło mi na dobre! Ze swoim ciałem czuję się świetnie, sporo schudłam (co było czystym „wypadkiem przy pracy”!), mam bardzo dobre wyniki badań lekarskich, zaczęłam zwracać uwagę na to co jem (także na składy!), uczę się gotować, nie przykładam ręki do zabijania zwierząt. Czy mogło być lepiej?

Myślę, że wegetarianizm jest supersexy – pomijając cały etyczny wymiar tej diety, o którym wszyscy wiemy, ludzie niejedzący zwierząt po prostu lepiej wyglądają, naprawdę! Widać to po skórze, cerze, paznokciach i włosach. No i wadze, która, tak jak pisałam wcześniej, spada sama. Najlepszym dowodem jest sytuacja z życia: po panelu lesswaste, który prowadziłam w lutym w ramach całego ekoprojektu, podszedł do mnie nieznany mi facet. Zagadał o dyskusję, która miała miejsce w auli chwilę wcześniej, a potem przeprowadził fizjoanalizę, z której wyciągnął wnioski, że wyglądam na osobę, która nie je (lub ogranicza mięso), nie pali papierosów, nie pije alkoholu itp. Wszystkie stwierdzenia bazowały jedynie na bazie szybkiej obserwacji mojej cery, układu zmarszczek i innych zewnętrznych czynników. To było dziwne i trochę przerażające, ale nie mogę powiedzieć, że w czymkolwiek się pomylił. Rozczytał mnie idealnie, więc serio – to widać jaki tryb życia prowadzicie!  

Jako dzieciak strasznie brzydziłam się jakimkolwiek surowym, mięsnym kawałkiem i nie mogłam wyobrazić sobie jak dorośli mogą filetować ryby, przyrządzać kurczaka czy nawet kroić i dotykać kawałek zabitego zwierzaka. Nikomu oczywiście nie narzucam swoich poglądów, chociaż wydaje mi się, że swoim gotowaniem powoli przekonuje mięsożerców do tego, że wegedania mogą być nie tylko zdrowe, ale tez smaczne i pożywne! Gotuję im i nagle, całkowicie magicznie, okazuje się, że bez mięsa da się żyć! I to żyć totalnie fajnie i smacznie!

„nie będziesz miał(a) co jeść” czyli wegestereotypy

Przyznam się szczerze – jestem tchórzem. Bałam się przejść na dietę (semi)wegetariańską, bo bałam się, że będzie to trudne. Że trudno będzie nie jeść mięsa w gronie innych osób – czy to w gronie przyjaciół, czy na imprezie, czy na spotkaniu rodzinnym czy – olaboga, to już wywoływało u mnie przerażenie – w święta. Okazuje się, że nie jest tak źle! Większość osób rozumie mój wybór (piszę o tym jakbym pisała co najmniej o przejściu na islam, tak wiem), a problemów czy „niedogodności” prawie nie ma. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym „nie miała co jeść”. No może raz, w Rumunii… Ale nawet jak gdzieś wychodzę i jestem na spotkaniu na przykład u rodziny, a nie ma dania typowo wegetariańskiego można przecież zjeść więcej „dodatków” i z nich skomponować sobie posiłek. (Mam tu na myśli – w przypadku opcji ze „szwedzkim stołem” – nałożenie na swój talerz większej ilości sałaty, ryżu czy innych „dodatków”. W przypadku „normalnej” obiadowej sytuacji, warto pogadać z gospodarzem, który na pewno uwzględni naszą rezygnację z mięsa). To NAPRAWDĘ raczej nie jest problemem, wegetarianizm nie jest dietą bezglutenową z uwzględnieniem uczulenia na orzechy, jaja, pomidory i dwutlenek węgla.

„teraz to tylko czekać na anemię”

To nie tak, że jeżeli ktoś nie je produktów z grupy „A”, to ma od razu niedobór witamin z tej grupy czy innych składników odżywczych. Wegetarianizm, tak jak każda inna dieta, wymaga od nas dojrzałości – regularnych badań i obserwacji swojego zdrowia. Mówi się, że nie ma rzeczy/ludzi niezastąpionych” i tak samo jest z produktami spożywczymi, tudzież z mięsem. Żeby być zdrowym wystarczy być uważnym i nie robić nic przeciwko sobie ani nic na siłę. Trudno jest Ci nagle „rzucić” mięso? To tego nie rób! Zacznij od ograniczania i od „zastępowania” go innymi produktami, które zawierają na przykład białko (czyli oczywiście tofu, ciecierzyca, soczewica, hummus) i zobacz, jak się czujesz po miesiącu. Jeżeli dobrze, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby eksperymentować dalej. Nic nie stoi na przeszkodzie też by zasięgnąć porady dietetyka lub dietetyczki i oddać sprawy swojego odżywiania w ręce profesjonalisty/tki. To, co mogłabym Wam jeszcze poradzić to to, co radzono mi – czyli suplementacja witaminy B12, której wegetarianin/weganin może mieć niedobory (przez to, że jest to witamina praktycznie niewystępująca w diecie roślinnej, jedynie w produktach zwierzęcych). Ja czuję się bardzo dobrze, nie jestem słaba czy wiecznie zmęczona, ale zaczęłam łykać ją już (albo dopiero!) wczoraj. Na pewno nie zaszkodzi.

(semi)wegetarianizm

nie musisz się określać

To nie tak, że jestem wegetarianką. Nie nazywam się tak, nie chcę się szufladkować, a potem tłumaczyć. Nie, nie jestem! Dalej jem na przykład owoce morza czy rosołek na mięsie, kiedy nie domagam. I nie, nie uważam się za hipokrytkę. We wpisie o ekologii i lesswaste też mówiłam, że nie chodzi tu o radykalizm, ale o zmiany, które mogą wnieść wiele dobrego. I w naszym zdrowiu i w środowisku, które nie jest przecież obojętne na nasze działania.

Tak jak pisałam wyżej, nie trzeba od razu zmieniać całego swojego stylu życia, podejścia i diety. Nie chodzi o to, żeby się do czegoś zmuszać. Ja właśnie poprzez przejście na (semi)wegetarianizm przestałam! Nie chciałam jeść mięsa, to wyeliminowałam je z diety, proste. Życie zwierząt jest ważne, oczywiście, że tak. Ale przy pogoni za etyką, nie zapominajmy o balansie i zdrowiu.

Share This: