czasami najlepszym, co możesz sobie dać, jest czas | trochę o slowlife

Matura z WOS-u była kompletnym dramatem. I, co prawda, zawaliłam ją całkowicie, ale doskonale wiem, że istnieje podręcznikowy podział na „bogatą północ i biedne południe”. Ale oprócz tego, że przeżyłam trzy lata w klasie humanistycznej, to przeżyłam także wiele spotkań z ludźmi, którzy co jakiś czas ruszają swój tyłek i jadą (lub lecą) tam, gdzie ich dusza poniesie. I tak, oprócz głębokich ekonomicznych analiz, wyłania nam się się podział bardziej życiowy, biorący pod uwagę filozofię, tryb życia i szczęście. I jest to podział na szybki-pędzący (kapitalistyczny) zachód i spokojny-powolny wschód.

Osobiście, uwielbiam Europę. Niespecjalnie ciągnie mnie na inne kontynenty; Ameryka Północna wydaje mi się zbyt monumentalnie i momentami nieludzko nowoczesna, Azja chociaż dzika i czasem dziewicza, zbyt tłoczna, Afryka po prostu niepociągająca. Europa jest dla mnie kolebką kultury, bardzo wyważonym ale różnorodnym ośrodkiem. Od nowoczesnej, minimalistycznej, białej i odludnej Skandynawii, przez anglosaską architekturę i białe fiordy, europejskie stolice ze swoimi dorobkami, po dzikość Rumunii i karty starożytnej historii, zapisane na Półwyspie Apenińskim. Ja to wszystko adoruję i ubóstwiam.  Od Atlantyku do Uralu i od Oceanu Arktycznego do Kaukazu. Ale znam bardzo dużo osób, które chciałyby od tego uciec.

Tu wszystko jest określone. Czas na rozwój, karierę i dziecko. Wszystko szybko, żeby zdążyć zbudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Szybko zrobić karierę, żeby szybko mieć pieniądze. Na dom i rodzinę. Szybko zarabiać, żeby mieć co po sobie zostawić. A wiadomo, nie wszystko jest takie proste; konkurencyjność stale rośnie, ceny eksportu maleją, a importu rosną. Jak już połapiemy się w biznesie, zwykle dużo poświęcając, to przychodzi czas na odnalezienie się w obecnych strukturach społecznych, które bywają zmienne i skomplikowane. Nie mówiąc już o własnym życiu. Ale spokojnie, czasami bywa, że w ogóle już go nie masz.

Jestem już po maturach i doskonale wiem, że to, co działo się przed, było zbędne. Pewnie taki maturalny poradnik jeszcze naskrobię oddzielnie, ale dzisiaj, we wtorek, miałam swój ostatni stres. Nie umiem się doliczyć, ile razy w ciągu trzech lat słyszałam o tych „egzaminach dojrzałości”, skoro w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, potrafiłam wyłapać słowo „matura” ponad trzydzieści razy na jednej lekcji. Chociaż nie jestem w sytuacji, w której matura cokolwiek by determinowała, to niszczyłam sobie przez skumulowaną presję paznokcie i zdrowie. A ludzie wokół mnie brali leki uspakajające na chwilę przed testami. Wszystko, żeby szybko się nauczyć jak największej ilości materiału, dobrze zdać egzaminy, pójść na dobrą uczelnię i szybko robić karierę, z której będą duże pieniądze. Osobiście – mam to gdzieś.

Dużo osób pytało mnie, jak to jest, że ja do tej matury naprawdę nie podchodzę za bardzo poważnie. Oczywiście, że się stresowałam, ale nie był to stres jakoś specjalnie mnie przygniatający. Przed egzaminy ustaliłam sobie pewne zasady i nie pozwoliłam sobie w głowie na to, żeby jakikolwiek papier mógł określać mnie, jako osobę i określać moją wartość. Czy matura ma wpływ na życie? Oczywiście, że ma! Przecież już nie ma egzaminów na studia, dlatego to od jej wyników zależy, gdzie się dostaniesz. Bycie człowiekiem sukcesu to ogromny wysiłek i wiele wyrzeczeń. W tym nie ma niczego złego, jest sporo do podziwu i zazdroszczenia samozapracia, ale tylko wtedy, jeżeli osoba, która taki sukces osiągnęła, zrobiła to dla siebie, a nie innych. Warto pracować ciężko na spełnienie marzeń – np. żeby studiować na wymarzonej uczelni i mieć wymarzony zawód. Ale zanim to zrobisz, zastanów się, czy to naprawdę jest to Twój cel. I czy to jest tego wszystkiego warte. 

Codziennie staram się zmieniać swoje życie. Przestałam biegać na autobus. I to nie z lenistwa. Nie zdążę? Trudno. Nie tracę, a zyskuje 30 minut na spacer, poczytanie książki albo popisanie w innym otoczeniu niż we własnym domu. Dotarło do mnie, że bycie obowiązkowym to jedno, a zrozumienie, że świat nie kończy się razem z upływem deadlinów, to zupełnie inna sprawa. Zaczęłam żyć w zgodzie ze sobą i dojrzałam do tego, żeby wiedzieć, że czas, to czasami najlepsze, co możemy sobie dać. Naprawdę zbędne jest wymaganie od siebie ciągłych, bezwarunkowych reakcji. Twoje ciało to nie komputer z ultraszybkim procesorem. Nie wymagaj od niego natychmiastowego spełniania Twoich żądań. Twój mózg to nie urządzenie niezdolne do przegrzania. A twoje serce także nie od razu musi dawać Ci kolejne odpowiedzi, na multum pytań i wątpliwości. Daj sobie na to wszystko czas i przestań się nieustannie popędzać.

Ostatniego tygodnia, miałam wolny, bezmaturalny piątek. Zaliczyłam rano rozmowę o pracę, a potem spędziłam trzy godziny w Pałacu Opatów – szukając siebie, ciszy, spokoju i paradoksalnie proustowskiego straconego czasu. Paradoksalnie, bo większość osób wytknie mi, że mogłabym być przecież wtedy superproduktywna i powtórzyć na przykłąd najważniejsze daty do matury z historii. Ale ile można biec, kuć i stale mieć wobec siebie super wysokie wymagania?

Nie będę zapierdalać w korpo od poniedziałku do piątku (lub soboty) po parenaście godzin dziennie, żeby żyć lepiej od sąsiada. Nie chcę nienawidzić poniedziałków i marnować życia na czekanie na weekend. I nie chcę nieustannie biegać. Chcę mieć czas na czucie swoich komórek i tkanek, na wąchanie powietrza po deszczu i picie dobrej kawy. Chcę mieć czas na jedzenie dobrych rzeczy, których nie zaoferuje mi żaden fast food. Chcę mieć czas na lubienie swojego życia. Po prostu.

I tego życzyłabym każdemu z Was. Zwolnijcie i oddychajcie głęboko.

 

Share This: