„jak baba” czyli jak? | o dżender, krzywdzie i błędnym wychowaniu

Wszystko jest w porządku, albo, chciałoby się napisać, wszystko jest n o r m a l n e, dopóki mali chłopcy, przebrani w niebieskie śpioszki, bawią się samochodzikami. Problem jest wtedy, kiedy chłopiec zaczyna płakać. Męski potomek, wykazując dużo „typowo żeńskich” cech osobowościowych, zwykle należy do tych wrażliwszych chłopców. I często, właśnie przez to, jest nie tylko wyśmiany, ale także staje się obiektem rozczarowania.

Sama płeć, warunkowana na podstawie dwudziestej trzeciej pary chromosomów, nie określa niczego – ani tego, co ma się w spodniach, ani tego czy zachodzi konieczność wydawania kolejnych setek na nowe staniki, czy nie. Estrogen i testosteron są, a raczej zdolność do ich wytwarzania przez przysadkę jest „rozdzielana” nierówno, tak, by przedstawiciele obu płci jakoś mogli różnić się od siebie pod względem emocjonalno-psychicznym.

Przeglądając Twittera jakiś czas temu, natknęłam się na konto He For She, które razem z Nevem Schulmanem, (prowadzącym program Catfish produkcji MTV), zrobili niesamowicie ważną akcję. Nev, jako gość specjalny, prowadził internetowe dyskusje, skłaniając mężczyzn z całego świata, do przyznania się do swoich lęków i upokorzeń. Czyli do czegoś, co na co dzień jest zwykle całkowicie nieakceptowalne i nienormalne. Bo przecież od mężczyzn ciągle wymaga się, by mieli ponad 180cm wzrostu, 35cm w bicepsie i byli niezniszczalnymi, nieskorymi do przebłysków wrażliwości czy jakichkolwiek cieplejszych uczuć, samcami.


Ta samczość, której testosteron można wyczuć dziesięć kilometrów dalej, to zwykle twardy pancerz, wytworzony z obaw, niepewności czy dawnych, chłopięcych kompleksów. Przebicie się przez pozory surowej męskości zwykle jest trudne albo niemożliwe, ale gwarantuje prawdziwy experience wrażliwości i czułości. Na co dzień nie chodzimy nago nawet wokół osób, które już nas nago widziały, dlatego po chwilowym wylewie ludzkości, z powrotem wracamy do stadium priorytetu siły i męstwa.

Krzywda jarzma tarczy i zewnętrznej (bo nie wewnętrznej) hegemonii samczości nad wrażliwością jest zwykle chorobą, której wirus zadziałał w dzieciństwie. Schultz w Sklepach Cynamonowych pokazuje dzieciństwo jako ważny – najważniejszy wręcz okres, dla każdego człowieka, będący areną kształtowania osobowości i bitwy wzorców. Każda najmniejsza patologia ma siłę odcisnąć trwałe piętno. Nawet w jednej z produkcji Tima Burtona – Charlie i Fabryka Czekolady możemy zauważyć, kim stał sie Willy Wonka, po tym, co „zrobił” mu ojciec w dzieciństwie. To brzmi jak pseudopsychologiczny wywód, więc przejdę prosto do realnej sytuacji. Brak jednego rodzica (w tej sytuacji prawdopodobnie będzie to ojciec) lub „twarda ręka” ojca obecnego w życiu dziecka wprowadza duże prawdopodobieństwo na zmiany w późniejszym rozwoju. Nie będę sypać tu nazwiskami znajomych lub bliskich mi osób, które bynajmniej nie są wyjątkami potwierdzającymi regułę. Cezary Baryka z „Przedwiośnia” Żeromskiego trochę za bardzo wziął sobie do serca objęcie stanowiska głowy rodziny i nie tylko zaniechał w tej roli, ale także przejawiał ambiwalentny stosunek do matki i później otaczających go kobiet.

Postawmy sprawę jasno: nie żyjemy w starożytnej Sparcie. Okazanie słabości nie spowoduje przymusu ogolenia połowy brody czy narażenia się na wymierzony policzek od nieznajomego na głównej ulicy Gdańska (ani żadnej innej). Przemiany społeczne, które przemielają się wokół nas nieustannie od kilkudziesięciu lat, powoli sprawiają, że zaciera się podział na działy damski i męski, unisex coraz bardziej jest spopularyzowany, a męskie łzy są czymś całkiem okej. Nie chodzi tu o to, żeby ktokolwiek, niezależnie od płci, płakał przez niemoc odkręcenia stoika czy wyciśnięcia stu osiemdziesięciu kilogramów na nogi. Łzy oczyszczają organizm, ale przede wszystkim topią mur, który budujemy sobie w psychice. Przyznanie się do słabości pozwala je eliminować i realnie oceniać swoją osobę – bez niedowartościowania czy przerysowania.

Jeszcze jednym problemem, który nam się tutaj zarysowuje, jest wyraźny seksizm, którego większość ludzi nie dostrzega, nie chce dostrzegać, lub który zwyczajnie ignoruje. Wyrażenie „nie bądź jak baba” krzywdzi nie tylko małych chłopców, ale także małe dziewczynki. To wszystko przez malutki wydźwięk tego, że kobieta, jako ta słaba, robi problem ze wszystkiego, czy może – g o r z e j radzi sobie ze światem.


Always (tak, ta firma od podpasek) zrobiło świetną kampanię „Like A Girl”, w której spotach pokazano, jak bardzo głupie poglądy i żarciki społeczeństwa wpływają na psychikę. W eksperymencie, małe dziewczynki miały pokazać co, dla przykładu, znaczy „biegać jak dziewczyna”. Pozując przed kamerą, w każde zadanie wkładały 110%. To samo miały zrobić nastolatki, które słysząc „jak dziewczyna” wykonywały zadania zwyczajnie beznadziejnie. Bo „biegasz/zachowujesz się „j a k  b a b a” to znaczy, że robisz to gorzej, niż, zgodnie z założeniem, zrobiłby to prawdziwy mężczyzna (tudzież samiec). To podcinanie dziewczynkom skrzydeł już od samego początku skutkuje słabym poczuciem własnej wartości i zaburzeniami. Właśnie dlatego, w życiu kobiety pojawia się objaw niewystarczalności – czuje się niewystarczająco dobra, niezależna, ładna i silna. Pościg, czasami trwający całe życie, za głęboko przerysowanymi zdolnościami mężczyzn do, kolokwialnie pisząc „hold shit together” sprawia, że kobiety ma się często za nie tyle co słabe, ale niezrównoważone psychicznie bestie, owładnięte nieskończonym PMSem.

Powyższe grafiki wykonała dla mnie Martyna Miłogrodzka, której instagrama możecie znaleźć TU. Za wszystko wielkie dzięki, Marti!

Share This: