Polska jest kobietą | po co nam ten strajk? czyli trochę o czarnym proteście

Ponury, listopadowy wieczór 1918 roku. Głuche echo stukotu parasolek odbija się o mury willi w Sulejówku, która nie chce słuchać. Sufrażystki, niczym lwice okrążające swoją ofiarę, okrążały siedzibę Piłsudskiego. Prawie sto lat później, kobiety znów, w walce o swoje prawa, wyciągnęły parasole i wyszły na ulice.

„Nic o nas bez nas”

Ustęp 1. 53. artykułu, uchwalonej 2 kwietnia 1997 roku Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, zapewnia „wolność sumienia i religii” każdemu obywatelowi. Choć Konstytucja jest naszym podstawowym źródłem prawa, (panuje u nas przecież zasada konstytucjonalizmu), to niewiele obywateli, nawet z grona wymachujących tym dokumentem, jest z nią obytych. To dość przykra sprawa, ale jeszcze bardziej przykry jest fakt, że obyci z Konstytucją nie są nawet nasi politycy. Bo gdyby byli, to, nawet „w obronie życia” nie przemycaliby chyba takich „bubli” prawnych, prawda?


Trzeba przyznać jednak, że przeciwnicy ustawy sami często wpadali w hipokryzję. Sporo z nich nawiązywało do Nihil Novi z 1505 roku. Najgłośniej mówili panowie, zgromadzeni podczas jednej z telewizyjnych śniadaniówek, wokół okrągłego, przeszklonego stołu w celu przedyskutowania tego, co kobietom wolno, a czego nie. Za każdym razem, kiedy podejmowany jest podobny temat, rozdziawiam usta, niczym mała dziewczynka na widok wysokiego jak Wieża Eiffla rollercoastera. Jak to się dzieje, że żyjąc w XXI wieku, dalej zastanawiamy się, czy jakieś prawa się komuś n a l e ż ą, czy nie?! Ludzie mylą uprawnienie (np. poślubienia osoby tej samej płci, którego oczekują osoby utożsamiające się lub wspierające środowisko LGBT) z przywilejem, (które, dla przykładu, otrzymał Kościół, zwolniony z płacenia podatków). Sprawa wygląda tak: kobiety nie chcą ani łaskawców ani ich łaski. I nie chcą, żeby mówiło się o nich, bez nich.

Filip Springier, wykładający w Polskiej Szkole Reportażu, przyznał studentom szczerze – swoje tematy czerpie „nie z wkurzenia czy irytacji, ale z klasycznego wkurwienia”. Na podobnej zasadzie funkcjonuje nasze polskie społeczeństwo. Od co najmniej roku, emocje, które wzburzają u sporej ilości obywateli obrady sejmu, sięgają zenitu. Afera z Trybunałem Konstytucyjnym, ustawa o mediach czy przemianowanie symbolu polskiej „wolności wiodącej lud na barykady” na zdrajcę i „bydlaka”, wzbudzała niechęć i generowała marsze. Ale dopiero teraz – kiedy zakwestionowano prawa połowy polskiego społeczeństwa, kraj stanął. A kobiety, tak jak Springer, klasycznie się wkurwiły.


„Jestem za życiem, ale życiem szczęśliwym!”

Choć niektórzy nosili symboliczną żałobę z okazji pogrzebania praw już od czasu, kiedy projekt trafił do sejmu, Czarny Poniedziałek miał być kroplą atramentu wpuszczoną do szklanki wody. Ten strajk miał być częściowym „wygaszeniem” kobiet ze społeczności. Miał zobrazować, jak to jest, kiedy nie ma nas na szkolnych korytarzach, w biurach, przy telefonach i jak w takim wypadku ta społeczność (nie)działa.

Pani Ewa, położna, którą spotkałam na strajku w Gdańsku, odebrała w swoim życiu dużo urodzeń. I, jak sama twierdzi, ma pełne prawo do zabierania stanowiska w tej sprawie. Mówi, że widziała, ile tragedii rozgrywa się tam, na oddziałach położniczych. Czasem kobiety, z którymi rozmawiałam, zaznaczały, że nie są zwolennikami aborcji. Niektóre płakały. Ja też płakałam. Ściskałam mocniej trzymany na drewnianym kijku transparent i oglądałam się na boki, na ciasno przy mnie stojących, wkurzonych, ale uśmiechniętych i przyjaznych ludzi. Widziałam, że jesteśmy w tym bagnie razem – nie tylko my, kobiety, ale faceci są razem z nami. Trzymają kciuki i zagrzewają do walki, niczym najlepsi trenerzy wspierający bokserów wchodzących na ring. Widząc męskie dłonie trzymające parasole nad krzyczącymi kobietami, czuję i wiem, że oni chcieliby nas jakoś uchronić, bo taka jest ich pierwotna rola i taki obowiązek sobie wyznaczyli. I też są trochę źli, że ktoś odbiera im do tego możliwości.


To nie tak, że #czarnyprotest jest już nieaktualny. Choć wiem, że dużo osób zastanawia się, dlaczego w ogóle jeszcze ktokolwiek o tym pisze. To, co wydarzyło się 3 października (i miało swój sequel 3 tygodnie później) było pierwszym Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet. Dziewuchy już wcześniej organizowały się w sprawie ustawy antyaborcyjnej, ale tym razem na ulicy wyszły nie tylko one. Były małe dziewczynki z mamami, były uczennice; licealistki i studentki. Były także kobiety 30+, 40+, ale także i 80+. Były lekarki, kosmetyczki, prawniczki, architektki. Zwolenniczki PO i wyborcy PISu. Ale byli także mężczyźni, których wkład często nie ograniczał się do solidarnego przywdziania czerni czy obecności na marszu i trzymania parasola. Faceci starali się przejąć kobiece obowiązki – zarówno te w pracy, jak i w domu. Gotowali dla swoich (i nie swoich) dziewuch zupy, załatwiali dodatkowy catering, cobyśmy mogły wystać i powalczyć trochę dłużej.


Wieści o tych ważnych, dla kobiet i dla Polski, wydarzeń, dotarły do innych, nie tylko europejskich krajów. Strajkowało z nami 31 państw. Nastąpiła poruszająca mnie do granic solidaryzacja. My – wspólnie, przeciwko, razem. To jednak nie koniec. Anegdotek o natarczywości kobiet jest bez liku. Jątrzące bestie powtarzające w kółko o zebraniu skarpet z ziemi, sprzątnięciu, nauce, czy zadające miliony pytań w stylu „Andrzej, czy ty mnie jeszcze kochasz?!” dziennie. Może niektórych tym zadziwię, ale kobiety nie są uporczywe jedynie w kwestiach irytujących osoby trzecie. Matki Polki Wkurwione wyraźnie ostrzegają: „NIE składamy parasolek”.

Wszystkie powyższe zdjęcia są własnością wspaniałej Michaliny Pryśko, do której polecam zajrzeć TU i TU. Naprawdę warto, zapraszam!

Share This: