kierunek: Budapeszt, Węgry | z gniazdem przez świat

Jeden, biały neogotycko-barokowy gmach wzbijającego się ku górze Parlamentu, cztery różnokolorowe linie metra, dziesięć pięknych mostów i dwa kiedyś oddzielne obszary. Buda i Peszt, chociaż całkiem różne, razem tworzą jedną z najważniejszych metropolii w Europie Środkowej. Będziemy jeść chrupiące, cynamonowe ciasto kominkowe i spacerować po mieście naszych bratanków i do bitki i do szklanki.
Witamy w Budapeszcie.

Budapeszt to trzeci przystanek wakacyjnego wyjazdu, ale pierwszy, w którym zatrzymaliśmy się na więcej niż jedną dobę. Spędziliśmy tam w sumie trzy pełne dni, a potem, po objeździe Rumunii (o której już za miesiąc!), wróciliśmy na moment do Budapesztu, objeżdżając jeszcze Eger i Szeged. Śmiałam się, że tak spodobała mi się stolica Węgier, że musiałam ta wrócić tylko po to, żeby przespać się tam jeszcze jedną noc. Fortunnie trafiliśmy na obchody święta świętego Stefana, ale o wszystkim poniżej. Zaczynamy kolejny mini przewodnik z cyklu „Z gniazdem przez świat”!

1. Gdzie spać?

Jako, że zaplanowaliśmy spędzić na Węgrzech aż 3 noce (a potem, jak wspominałam, jeszcze jedną, ale to zupełnie inna historia), wybraliśmy apartament. Cieszyłam się jak diabli, że będziemy mieć trochę więcej miejsca niż jeden pokój z łazienką. Bo, z tą strefą komfortu to jest tak, że nie zawsze może być połechtana, ale czasami się jej należy. Więc mieliśmy apartament w okolicach placu Jokai (blisko Opery). Właściciel mieszkania to zdecydowanie jeden z najfajniejszych najemców, jakich w życiu poznałam. Dał nam, notabene bardzo śmieszną, mapę, pozaznaczał fajne knajpki i kawiarnie, dał parę wskazówek. Mieszkanie należało do takich najbardziej przytulnych, poprzedni lokatorzy pozostawiali porozwieszane na ścianach i tablicach miłe liściki, wszystko urządzone po domowemu. Co prawda winda w bloku miała około trzech tysięcy lat i za każdym razem martwiłam się o własne życie, ale było fantastycznie.

2. Jak zwiedzać?

W Budapeszcie do zrobienia jest tysiąc rzeczy. To niewyczerpalne źródło rozrywek i każdy znajdzie coś dla siebie. Czasami żałuję, że chciałam zobaczyć aż tyle, zamiast eksplorować przytulne, węgierskie kawiarnie. Funkcjonują cztery linie metra – czerwona, niebieska, zielona i żółta, każda o nieco innym poziomie nowoczesności. I tu, naprzeciw głodnym turystom, wychodzi Budapest City Card. Są do wyboru trzy warianty: 24h, 48h i 72h. Karta umożliwia przemieszczanie się dowolnym środkiem transportu publicznego bez dodatkowych kosztów, darmowe lub przecenione wejścia do najpopularniejszych muzeów i dwie free walking tours – jedną po Budzie, drugą po Peszcie. Zaliczyliśmy takie dwa spacery z lokalnym przewodnikiem i osobiście była zadwolona – Budapeszt to wielkie miasto, za duże, żeby móc samemu ułożyć je sobie w głowie. Przemieszczaliśmy się głównie metrem, przesiadając się z jednej na drugą linię na Dean Ferenc Tur. Kartę, w zależności od godzinowych potrzeb i możliwości, serdecznie polecam.

3. Co zwiedzać?

To dość trudne pytanie, bo można zobaczyć naprawdę wiele. Dostaliśmy mapki, na których każde bardziej znaczące miejsce było narysowane (takie mapki w sam raz dla dzieci, czyli mnie). Jak już pisałam, mieszkaliśmy bardzo blisko Opery. Wsiadając w żółtą linię metra, możemy podjechać aż do Zamku Vajdahunyad.  W okolicy możemy zobaczyć pomnik Anonima (Anonymusa), odpowiednika naszego Galla Anonima. Z racji tego, że nasz wyjazd przypadł akurat na dni obchodów węgierskiego patrona i pierwszego króla – świętego Stefana, trafiliśmy na festyn, przypominający dożynki. Wokół ustawionych karuzeli i dmuchanych atrakcji biegały dzieci, a rodzice z przyjaciółmi siedzieli na drewnianych ławach popijając piwo. Ta niecodzienna atmosfera jeszcze bardziej ociepliła moje uczucia w stosunku do Węgier. Na festynie byliśmy tylko chwilkę, sporóbować żurawinowego piwa (i zjeść to cholerne ciasto kominkowe, po raz kolejny i nawet nie jest mi za to wstyd).

W ramach obchodów, zaliczyliśmy też świąteczną procesję wokół Bazyliki św. Stefana z najcenniejszą węgierską relikwią – dłonią świętego Stefana. Na codzień można ją normalnie obejrzeć właśnie we wspomnianej bazylice. Warto wjechac na ostatnie piętro, bo tam czeka nas piękna panorama.

Zaraz obok Bazyliki znajduje się plac Ronalda Reagana. Idąc dalej, aż do Dunaju, spotkamy wysoki gmach Parlamentu, który jest perełką całych Węgier. W budynku znajduje się kolejna, bardzo cenna pamiątka – korona świętego Stefana, którą nakładał na głowę każdy kolejny władca Węgier. Bilety na zwiedzanie wnętrza lepiej zarezerwować sobie wcześniej. Warto wybrać się pod Parlament w okolicach godziny 12, ponieważ właśnie o tej następuje uroczysta zmiana warty. Na placu znajduje sie także pomnik Jerzego Rakoczego na koniu. Schodząc schodkami w dół, do wody, możemy odbyć spacer patrząc na drugą stronę podzielonego niegdyś miasta, piękne, stare mosty i dojść aż do pomniku butów na Dunajskiej Promenadzie. To symbol ucieczki Żydów, wokół którego ludzie składają kwiaty i palą znicze.  Jeszcze przebywając w Peszcie, można zjechać metrem w dół i Węgierskie Muzeum Narodowe. Oprócz całej historii kraju, trafiliśmy na uroczystą wystawę poświęconą demonstracjom z 1956 roku, wraz z bardzo miłym, doceniającym Polskę akcentem.

Z Pesztu do Budy prowadzi aż dziesięć mostów, a przez dwa można przejechać komunikacją. Buda jest zupełnie inna od Pesztu – dużo wyżej położona i bardziej górzysta. Trzeba sie przygotować na wędrówki w górę, wąskimi schodkami między zarośniętymi bluszczem budynkami. Jest dużo mniej węgiersko, w ujęciu środkowoeuropejskim, a dużo bardziej południowo. Choć powiewające z balkonów węgierskie flagi uprzejmie przypominają, gdzie tak naprawdę jesteśmy.

Wspniając się po schodkach, uderzy nas nieskazitelna biel Baszty Rybackiej. To ona wita nas w obszarze Varnegyed, który rozciąga się po Budzie. Wydawało mi się, że tak umieją zaczarować tylko dostojne, średniowieczne zamki, ale właśnie to miejsce tak mnie zauroczyło. Baszta wygląda czysto, dostojnie i bajkowo. Zaraz obok śnieżnych murów stoi pomnik świętego Stefana kościół świętego Mateusza. Kościół, także jasny, cechuje ilość drobniutkich detali i misterność wykonania, które po części bardzo współgrają nie tylko z całą Basztą, ale też z budynkiem Parlamentu, który widać po drugiej stronie Dunaju. We wnętrzu znajduje się m.in. obraz apostołów, którzy mają poderżnięte gardła. Dla zainteresowanych, albo tych, którzy udają, że przygotowują się do matury – w środku znajduje sie także krypta z króla Beli III, popiersie królowej Elżbiety czy relikwia prawej stopy świętego Jana.

Idąc dalej, dotrzemy na Wzgórze Zamkowe, ale po drodze spotkamy jeszcze pomnik Hadika Andrasa na koniu. To miejsce dość ważne dla węgierskich uczniów, którzy przed ważnymi egzaminami zakradają się by dotknąć wymiona konia, co podobno gwarantuje pomyślne zaliczenia. Z placyku rozciągają się przyjazne panoramki – i na drugą stronę Węgier i na pobliski zamek i termy. Do Zamku zawiezie nas historyczna kolejka – nam niestety się nie udało, ponieważ z okazji ich święta i trwających uroczystości, tamte tereny były zamknięte dla zwiedzających.

Spędziłam w Budzie tylko jeden dzień i czuję spory niedosyt, bo przy Baszcie Rybackiej mogłabym siedzieć godzinami. Siadając w „okienku” między filarami, możemy oglądać rozciagający się przed nami Peszt, odgrodzony Dunajem. Większość przeszłam z przewodnikiem, w ramach walking tour i chociaż ze szczerego serca polecam, bo wiedzy mają niemało, to chciałabym podeptać tam trochę sama.
W całym Budapeszcie (ale także w Eger i Szeged) jest pełno kraników z wodą pitną, dlatego warto zaopatrzyć się w swój bidon, albo plastikową butelkę. Wokół większości placyków roi się od przytulnych knajpek, w których możemy sprobówać na przykład langosa (węgierskiego placka, zwykle podawanego z kwaśną śmietaną), małych kiełbasek w chlebowej tutce, czy tradycyjnego gulaszu. Albo (cynamonowego!) ciasta kominkowego, ale zdaje mi się, że już o tym wspominałam…

Pamiętam jak dobre pięć lat temu znajomy powiedział mi, że Budapeszt jest jego absolutnie ulubionym miejscem na świecie i że gdybyśmy mieli kiedyś pojechać razem w tripa, a on mógłby zadecydować, to wybrałby Węgry. Był trochę starszy i na drugim końcu Polski, ale twierdził, że przyjedzie do mnie lub po mnie. Już nie gadamy, ale patrząc na podświetlony budynek parlamentu, myślałam o tej dziwacznej znajomości, która pozostawiła po sobie jedynie jeden zablokowany numer więcej w moim spisie kontaktów.

Lubię miejsca, w których dobrze mi się myśli. A w Budapeszcie tak właśnie było. Tęskno mi do tego metra, do którego ruchome schody gnały strasznie szybko i były prawie pionowe. Tęskno mi do cynamonowego ciasta kominkowego, tych pięknych fasad, żurawinowego piwa i węgierskiego wina, prosto z serca Egeru. Trafiliśmy nawet na uroczysty pokaz fajerwerków, które rozświetlały całe niebo, rozciągające się nad cieszącymi się Węgrami i świętującymi swój własny początek.


Trzy dni, to zdecydowanie za mało, żeby poczuć miasto. Nauczyłam się rozkładu linii metra i mniejszej lub większej orientacji, ale jeżeli naprawdę chcielibyśmy dać sobie czas na rozkochanie się w stolicy Węgier – dajmy sobie także na to czas.

Byliście na Węgrzech? Może zaliczyliście jakieś inne miasta niż Budapeszt, Eger czy Szeged?
Koniecznie dajcie znać!

A już za miesiąc, w majowej odsłonie „Z gniazdem przez świat” czytamy się w Rumunii!

PS Tak, wiem, że zdjęć nie jest specjalnie dużo. Rok temu nie planowałam tego cyklu, nie planowałam nawet blogowania, także liczę na wybaczenie 😉 Więcej kontentu znajdziecie na moim instagramie, klikając TUTAJ. (Czeka Was trochę scrollowania, ale może warto?)

Share This: