po co nam ta(ka) Europa? | o seminarium dla blogerów i Komisji Europejskiej

Filmik na youtubie trwający niecałe 15 minut, na którym Cejrowski opowiada o „absurdach Unii Europejskiej” ma ponad 150 tysięcy wyświetleń. Kolejny, liczący dwadzieścia minut, „o imigrantach„, (czyli o ludziach, którzy przyjechali do Niemiec i „chcą uprawiać to co uprawiają i pobierać socjal„), ma już ponad 220 wyświetleń. A taki, w którym „atakuje homoseksualistów na wizji” aż 2,1 mln. W tym, musicie mi uwierzyć*, łapek w górę i pozytywnych komentarzy jest o wiele więcej niż tych krytycznych. Nie tylko Cejrowski jest takim sceptykiem – nasz exeuroreprezentant narodu, krul gimbazy, głośno mówił, że Ełropijan Junion mast mi distrojt.

Unia Europejska jest po to, żeby się nachapać

Zauważyłam, że w polskim społeczeństwie można zaobserwować ogromną roszczeniowość. To dość ciekawe zjawisko: nie chcemy dawać nic od siebie, chcemy tylko brać. Dużo. Najczęściej zrzuca się to na pokolenie X, biednych millenialsów, którzy odpowiadają za całe zło współczesnego świata (czyli m.in. lewactwo), ale podstawy takich zachowań leżą dużo głębiej. Ostatnie polityczne spory tylko potwierdzają pewien fakt: czujemy się nadal (SIC!) poszkodowani przez drugą wojnę światową. Właśnie dlatego, zamiast starać się o dobre relacje z naszym najważniejszym i największym partnerem gospodarczym – Niemcami – wolimy ubiegać się od nich o kontrybucje. A gdy ich nie dostajemy – pluć na ten okropny Zachód, (który i tak wpakował w nas kupę forsy, ale to lepiej przecież przemilczeć) i zwracać się w stronę pełnego zamordyzmu Wschodu. Wolimy szczerzyć się do Rosji i Węgier, niż chcieć bratać się na przykład z Unią Europejską. I to wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że sami wymierzamy sobie policzek.

seminarium-dla-blogerow

Po co nam ta(ka) Europa?

Tak całkiem szczerze, po co nam to? Żebyśmy musieli zmieniać podstawę programową i zacząć uczyć dzieci, ze ślimak to jednak ryba? Żebyśmy musieli powołać sztab do prostowania bananów? Żebyśmy musieli przyjmować jakiś brudsasów, którzy chcą sobie pożyć na naszych zasiłkach?

Wydaje mi się, że większość z nas w ogóle nie jest świadoma tego, co tak naprawdę daje nam członkostwo w UE. Na warszawskim seminarium, (o którym za chwilę), półżartem rozmawialiśmy o tym, że może gdyby każda rzecz sfinansowana przez UE była ostemplowana, to dopiero wtedy ludzie zdaliby sobie sprawę jak dużo funduszy dostajemy. (Lub – dostawaliśmy). Polki i Polacy mogą się szkolić w sztabach europejskich, możliwości pracy jest dużo więcej, a także możliwości ogólnożyciowych jest sporo, właśnie dzięki decyzji zapadłej w 1994 roku, kiedy to złożyliśmy wniosek w Atenach o członkostwo. To tylko ułamek profitów, które dostajemy. I o które powinniśmy sami zabiegać.

Byłoby naprawdę wspaniale, gdybyśmy podchodzili racjonalnie, bez lechickiej dumy, do spraw, które są istotne i nauczyli się wyciągać pewne konsekwencje. Byłoby jeszcze lepiej, gdybyśmy posiadali swój rozum, ale też potrafili wysłuchać innych i umieć przyznać się do błędu. Gdyby tak było, nie wycinalibyśmy Puszczy ani nie straszylibyśmy Polek, wprowadzając jeszcze bardziej restrykcyjne prawo aborcyjne. To jednak zbyt utopijna wizja, bo przecież to my nauczyliśmy Francuzów jeść widelcami.

seminarium-dla-blogerow

Fake it ’till u make it

Unia Europejska oraz jej organy nie zajmują się tylko tym, o czym wszędzie trąbi pan Cejrowski. Organ wykonawczy UE – Komisja Europejska, wzięła ostatnio pod lupę fake newsy i dezinformację. I właśnie przez to, a raczej dzięki temu, mieliśmy okazję porozmawiać o rzeczach ważnych razem z polskim przedstawicielstwem KE przy jednym stole.

Pamiętam tekst Piotrka Buckiego, który opowiadał historię pewnego zdjęcia. Zdjęcie, przedstawiające 25 wilków przemierzających pustkowie w Wood Buffalo National Park w Kanadzie, obiegło pół internetu. Wysnuła się teoria „świadomego przywództwa”, która tak dolepiła się do fotografii, że razem z nią stanowiła nierozłączny duet. A zgodnie z zasadą, o której mówił Simon Sinek w swoim TEDTalku – ludzie kupują rzeczy nie ze względu na je same, ale ze względu na historię, jaką opowiadają. Tyle, że – tym razem – historia okazała się być całkiem fałszywa.

Bucki i jego wilczy research to było moje pierwsze tak potężne zderzenie z brakiem weryfikacji faktów. Sama zaczęłam przyłapywać się na powtarzaniu zasłyszanych danych, których rzetelności nie mogę być przecież pewna. Andrew Keen, którego teorie ostatnio przerabiałam na swoich studiach, był przeciwnikiem zmian, które nastąpiły wraz z upowszechnieniem internetu. Twierdził, że rozprzestrzenia się tzw. „kult amatora” – nieprofesjonaliści opanowują świat, w którym informacja jest podstawową, a zarazem najważniejszą jednostką. Keen jasno mówił, że to własnie przez blogerów rośnie w świecie dezinformacja i ilość fake newsów. Całe szczęście, Komisja Europejska, a przynajmniej jej warszawskie przedstawicielstwo ma o nas – blogerach – trochę inne zdanie i widzi najwyraźniej widzi w nas sojuszników w walce z dezinformacją, a nie potencjalnych manipulatorów.

seminarium-dla-blogerow

Całe dwudniowe seminarium, na które zostałam zaproszona razem z innymi twórcami internetowymi, krążyło wokół tematu fake newsów właśnie. Na przekór Keenowi, byliśmy tam, żeby dowiedzieć się, jak z nimi walczyć i jak wesprzeć europejskie organy w walce z dezinformacją. Seminarium zostało oficjalnie rozpoczęte przez ambasadora Marka Prawdę (Dyrektora Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce) i wcisnęło w nas ogromną dawkę inspirującej, motywującej wiedzy. I było to naprawdę fascynujące.

Kiedy mówiłam znajomym, że nie będzie mnie dwa dni na uczelni, bo Komisja Europejska zaprasza blogerów na seminarium do Warszawy, niektórzy z nich byli w szoku. No bo co ma taka blogosfera wspólnego z tak poważną instytucją? Co Ci ludzie, tak śmiesznie stukający w literki i wgapiający się w ekrany, mogą mieć do wniesienia? Dlaczego może komuś zależeć, żeby nas ugościć, porozmawiać i wymienić się kontaktami? Cieszę się, że stereotypy (czy fake newsy ;)) dotyczące nas, ludzi z blogosfery, zaczynają zanikać. Że zaczyna nas się traktować poważnie – nie jako ludzi powielających nieprawdziwe informacje, (choć tacy oczywiście też się zdarzają), ale jako partnerów do potencjalnej współpracy. Wiem, że blogosfera dla osób z zewnątrz może być zlizywaniem wisienek na torcie; dostawaniem prezentów i leżeniem do góry brzuchem. Ale dla nas to możliwość wykazania się, nawiązania kontaktów, wzajemna wymiana wsparcia i zaangażowanie. Uwierzcie mi, influencerzy robią dużo więcej dobra niż się wydaje. Serio (I, notabene, udowodniłam to m.in. w pierwszym swoim wpisie – o tym, że blogerzy zmieniają świat na lepsze).

seminarium-dla-blogerow

I na sam koniec – dziękuję Komisji Europejskiej za zaproszenie i możliwość uczestniczenia w czymś tak ekscytującym. Pamiętam jak w liceum, na rozszerzonym wosie, omawialiśmy jej struktury, funkcje, cele i głównych przewodniczących. To naprawdę niesamowite – spotykać osoby, o których wiemy z maturalnego podręcznika, którzy w dodatku dosiadają się do Ciebie i pytają o czym piszesz i kiedy zaczęłaś. (A Ty wtedy mówisz, że zaczęłaś na lekcjach, na których powinnaś słuchać właśnie o ich stanowiskach…) Dziękuję też Mariuszowi, za pomyślenie o mnie i polecenie zaproszenia mojej osoby.

Jeszcze raz – dzięki i, mam nadzieję, do zobaczenia!

A mój poprzedni wpis o tym, do czego potrzebna nam Unia Europejska, znajdziecie tutaj: >>KLIK<<

***
* – napisałam, że musicie uwierzyć mi na słowo, dlatego, że nie zamierzam podlinkowywać takich filmików na swoim blogu. Dla bardzo zainteresowanych – pojawiają się prawie jako pierwsze na youtubie, wystarczy poszukać 😉

Share This:

1 Comment

  1. Fake newsy, czyli jak nie dać się zrobić w konia - Troper

    18 marca, 2018 at 11:46 am

    […] Do napisania tej notki zainspirował mnie wpis Basi z bloga niepiszepoalkoholu.pl. Zapraszam do niej!  […]

Leave a Reply