moja babcia myślała, że będę lesbijką | o tym jak nauczyłam się wciągać brzuch i nosić stanik czyli jak dorastają dziewczynki? i co to jest kobiecość?

Na zajęciach z performansu, które miałam w pierwszym semestrze, oglądaliśmy dużo różnych materiałów. Wykładowca puszczał nam na przykład Karola Radziszewskiego i jego projekt backstage, który wskazywał m.in. na kompleksy chudych chłopców. Z całych tych trzydziestu godzin zajęć, które mieliśmy przydzielone, najbardziej uderzyła mnie „Łaźnia Żeńska” Katarzyny Kozyry. Wideoklip powstał kiedy Kozyra, współczesna artystka, zakradła się do łaźni z ukrytą kamerą, żeby uchwycić naturalne zachowanie kobiet. Mało to etyczne; „aktorki” nie wiedziały przecież, że są aktorkami, ale, bądź co bądź, jest to bezczelnie piękne: dzięki Kozyrze możemy poobserwować kobiety, takie jakie są. O różnych kształtach, (nie zawsze takich jakie oglądamy w kolorowych magazynach). Bez wyuczonych ruchów i bez zauważania całego świata wokół. Kobiety skupiające się całkowicie na sobie. W końcu. 

kobiecosc

Nigdy nie byłam „typową” dziewczynką. Nie bawiłam się lalkami, nienawidziłam różu (choć teraz lubię, bo do tego musiałam chyba dojrzeć). Nigdy nie bawiłam się w kobietę; nie malowałam się kosmetykami mamy (może dlatego, że sama nigdy nie malowała się dużo i często), nie wkładałam jej szpilek (bo sama rzadko je zakładała). Wydaje mi się, że nie na tym polegała kobiecość w moim domu. Kiedy bawiłam się lego i wychodziłam z kolegami pograć w piłkę czy powspinać się po drzewach, zawsze byłam w spodniach. Nienawidziłam sukieneczek, kokardeczek i innych takich, a pierwsza komunia była dla mnie, właśnie z tego powodu, koszmarem. Moja babcia powiedziała mi kiedyś, że jej sąsiadka, jak przystało na monitoring osiedlowy, bacznie obserwując moje „chłopięce” zachowania, powiedziała, że prawdopodobnie będę lesbijką. Bo jej siostry ciotecznej szwagierka miała koleżankę, która miała sąsiadkę, która miała synową, której córka była lesbijką i to pewnie właśnie przez to, że nigdy nie bawiła się lalkami. A bycie lesbijką, no to, umówmy się,  s t r a s z n a  rzecz. Koniec końców, dałam radę i wyrosłam na osobę zainteresowaną płcią przeciwną. (Co w mojej rodzinie i tak raczej nie ma znaczenia, bo woleliby, żebym była szczęśliwa, niż nieszczęśliwa chodząc na randki z kimś tylko dlatego, że ma w spodniach penisa.)

kobiecosc

Bycie małą dziewczynką to beztroskość, przynajmniej tak było w moim wypadku. Całkowita bezkompleksowość. Doskonale pamiętam moment kupna pierwszych staników (materiałowych, prawie sportowych) i poczucia dyskomfortu. Pamiętam też jak długo chciałam się temu wszystkiemu sprzeciwić. Oczywiście zupełnie podświadomie. Denerwowało mnie to uczucie, aż zaczęłam się przyzwyczajać. Wcześniej, kiedy nie miałam biustu, a tym samym nie miałam co zakrywać, (przynajmniej w moim mniemaniu), jako mała dziewczynka biegałam po plaży tylko w kąpielowych majtkach. Pierwsze wuefy też kojarzę z przebieraniem się bez jakiegoś materiału przewiązanego w okolicach przyszłego biustu. Nie czułam potrzeby (ani wstydu) i nawet trochę bawiło mnie zachowanie moich koleżanek, których mamy najwidoczniej uległy presji zakrywania cycków, a raczej jeszcze niecycków, żeby ich córki nie świeciły golizną. Całkiem nie rozumiałam w jakim celu mam zakładać na siebie dodatkowy materiał. A teraz?

Teraz wiem, że stanik jest bardzo istotny; kobiety z większym biustem potrzebują jego „podparcia”. Nawet zbieganie po schodach potrafi boleć, ze względu na nadrywające się mięśnia. Dojrzałam jednak do tego, żeby potrafić wychodzić z domu bez stanika – bez znaczenia, czy jestem w oversizowym swetrze czy w przylegającym topie. Trochę to przecież niesprawiedliwe, że żeńskie sutki są dyskryminowane i uważane za wyzywające czy nawet nielegalne. Fala feminizmu polegająca na paleniu swoich staników już minęła, a ja nie mam problemu z tym, czy moje sutki przebiją się przez materiał koszulki, czy nie. I raczej nikt inny też nie powinien mieć.

kobiecosc
To, że jako mała dziewczynka latałam bez stanika, to raz, a to, że nie miałam z tym problemów, to inna sprawa. Dojrzewanie w pewnym sensie deformuje ciało, które często nie nadąża nad zmianami. A potem jest już tylko gorzej, bo zaczynają się zasady i nakazy, a potem nieustannie już nam towarzyszące porównywanie. I tak, już podczas przebierania się w tych cholernych szkolnych szatniach, dziewczynki zaczynają odczuwać (naturalny) wstyd. Pamiętam, że spodnie ściągało się raczej na siedząco, przynajmniej opierając tyłek na ławce, koszulki często tyłem do ściany. I wciągało się brzuch. Nie tylko przez jakiś komfort czy ułatwienie ściągnięcia ubrań. A taki odruch zostaje. Niekontrolowane wciąganie brzucha przy okazji chodzenia bez koszulki przy kimś – lub przy lustrze, przy sobie samym – to nawyk, którego ciężko się potem pozbyć. No chyba, że ktoś to zauważy i wbije Ci do głowy, że nie masz po co tego robić. Bo jesteś piękna taka, jaka jesteś, z normalną ilością powietrza w płucach. I z fałdkami, które powstają kiedy się schylasz, nawet, kiedy masz figurę modelki.

Dopiero od niedawna uczę się lubić bycie dziewuchą, ale po swojemu. Lubię się pomalować, wystroić, chodzić w szpilkach, rozpuszczać włosy. Robię sobie co jakiś czas maseczki, propaguję self love i życia w całkowitej akceptacji ze sobą i swoim ciałem. Oczywiście, że mam kompleksy, tak jak dalej mam w głowie słowa mojej babci, która bała się, że zostanę lesbijką. Uczę się nie wciągać brzucha, uważać makijaż i stanik za nie zawsze obligatoryjne. To wszystko wymaga czasu, ale warto stworzyć swoją definicję kobiecości, która będzie do nas pasować, zamiast szukać gotowego wzorca, do którego musimy się dostosować. Nie ma czegoś takiego jak „prawdziwa” kobieta, czy „prawdziwy” mężczyzna. Wszyscy jesteśmy realnymi ludzi, z realnymi pragnieniami, realnymi uczuciami i realnymi ciałami. I to jest piękne.

Share This: